Pozostaliśmy w mieście przez miesiąc, a gdy księżyc był w ostatniej kwadrze, znużona wędrowałam po uliczkach miasta, aż dotarłam do ogrodu tamtejszego boga. Kapłani w żółtych szatach kroczyli cicho między zielonymi drzewami, zaś na chodniku z czarnego marmuru stał krwistoczerwony budynek, w którym mieszkał bóg. Drzwi do budynku były zrobione ze sproszkowanej laki i zdobione płaskorzeźbami byków i pawi z błyszczącego złota. Wygięty dach pokryto porcelaną w morskim kolorze, a wystające krawędzie dachu obwieszono dzwoneczkami. Gdy białe gołębice wzbijały się do lotu, trącały dzwoneczki skrzydłami, wydobywając z nich dźwięk.
Przed świątynią znajdowała się wyłożona żyłkowanym onyksem sadzawka pełna krystalicznie czystej wody. Leżałam chwilę na brzegu i dotykałam liści czubkami mych bladych palców. Jeden z kapłanów podszedł do mnie i stanął za moimi plecami. Na nogach miał sandały — jeden z miękkiej, wężowej skóry, drugi z ptasich piór. Na głowie nosił mitrę z czarnego filcu ozdobioną srebrnymi półksiężycami. Jego szata była utkana z siedmiu odcieni żółtych nici, a kręcone włosy miał zabarwione antymonem.
Po chwili kapłan przemówił do mnie i zapytał, czego pragnę.
Odpowiedziałam, że chciałabym zobaczyć boga.
— Bóg teraz poluje — odrzekł kapłan, patrząc na mnie dziwnie małymi, skośnymi oczami.
— Powiedz mi tylko, w jakim lesie, a będę polować z nim — odparłam.
Przeczesał delikatne frędzle tuniki ostro zakończonymi paznokciami i powiedział cicho:
— Bóg śpi.
— Powiedz mi, na którym łożu, a pójdę przy nim czuwać.
— Bóg ucztuje — zawołał.