Ale on odparł:
— Nie jestem tego godzien, gdyż zaparłem się matki, która mnie urodziła. Nie mogę spocząć, dopóki jej nie odnajdę i nie otrzymam jej przebaczenia. Pozwólcie mi odejść, bo muszę wędrować przez świat i nie mogę tu pozostać, chociaż dajecie mi koronę i berło.
Gdy to mówił, zwrócił twarz w stronę ulicy, która prowadziła do bram miasta i oto ujrzał, jak wśród tłumu gromadzącego się wokół żołnierzy stała żebraczka, która była jego matką, a u jej boku trędowaty, który przesiadywał przy drodze.
Z jego ust wyrwał się okrzyk radości. Podbiegł do matki i klęknąwszy, ucałował rany na jej stopach i zwilżył je swymi łzami. Spuścił nisko głowę i łkając jak ktoś, komu zaraz ma pęknąć serce, powiedział do niej:
— Matko, zaparłem się ciebie w godzinie pychy. Przyjmij mnie w godzinie mego uniżenia. Matko, okazałem ci nienawiść. Proszę cię o miłość. Matko, odrzuciłem cię. Przyjmij teraz twe dziecię.
Ale żebraczka nie odpowiedziała mu ani słowa.
Chłopak wyciągnął ręce, chwycił stopy trędowatego i rzekł do niego:
— Trzykrotnie okazałem ci łaskę. Poproś mą matkę, by przemówiła do mnie.
Ale trędowaty nie odpowiedział mu ani słowa.
Chłopak zaszlochał ponownie i odrzekł: