— Tak — mówił dalej, podchodząc doń i ostro spoglądając mu w oczy. — Pokażę ci moją duszę. Zobaczysz to, o czym sądziłeś, że może oglądać tylko Bóg.

Hallward cofnął się.

— Ty bluźnisz, Dorianie! — zawołał. — Nie wolno ci mówić w ten sposób. To byłoby straszne, a nie może być.

— Tak sądzisz? — Roześmiał się znowu.

— Wiem to. Wszystko, co ci dziś mówiłem, to dla twego dobra. Wszak wiesz, że byłem ci zawsze wiernym przyjacielem.

— Nie wtrącaj się do mnie. Kończ, coś miał do powiedzenia.

Twarz malarza skurczyła się wyrazem bólu. Umilkł na chwilę, gdyż owładnęło nim dzikie współczucie. Poza wszystkim, jakież prawo miał wdzierać się do życia Doriana Graya? Jeżeli popełnił choć dziesiątą część tego, co o nim opowiadano, jak wiele musiał wycierpieć! Powstał sam, podszedł do kominka i stanąwszy przy nim, przyglądał się objętym płomieniami polanom, językom ognia i podobnemu do szronu popiołowi.

— Czekam, Bazyli — odezwał się młody mężczyzna głosem stanowczym i jasnym.

Odwrócił się.

— Tylko tyle mam ci do powiedzenia — zawołał. — Musisz mi dać odpowiedź na to straszne oskarżenia, jakie ci stawiają. Jeżeli powiesz, że od początku do końca są nieprawdą, uwierzę ci. Powiedz to, Dorianie, powiedz! Czyż nie widzisz, co się ze mną dzieje? Mój Boże, nie mów mi, że jesteś zły, zepsuty i bezwstydny!