— Co to ma znaczyć? — wykrzyknął w końcu Hallward. Jego własny głos brzmiał mu w uszach przeraźliwie i obco.
— Przed laty, gdy byłem chłopcem — powiedział Dorian Gray, mnąc kwiat w ręku — spotkałeś mnie, schlebiałeś mi i nauczyłeś być próżnym z powodu urody. Pewnego dnia przedstawiłeś mi jednego ze swych przyjaciół, który wytłumaczył mi czar młodości, gdy wykończałeś właśnie portret, który objawił mi cud piękności. W chwili szału, której dziś jeszcze nie wiem, czy żałuję, czy nie, wyraziłem życzenie, które nazwałbyś może modlitwą...
— Pamiętam to! Och, jak dobrze pamiętam! Nie! To niemożliwe. Pokój jest wilgotny. Do płótna dostała się pleśń. Farby, których używałem, musiały zawierać jakieś przeklęte jady chemiczne. Mówię ci, że to niemożliwe.
— Co jest niemożliwe? — wyszeptał młody mężczyzna, podchodząc do okna i przykładając czoło do zimnej, wilgotnej od mgły szyby.
— Mówiłeś mi, że go zniszczyłeś.
— To nieprawda. On mnie zniszczył.
— Nie wierzę, aby to był mój obraz.
— Nie poznajesz w nim swego ideału? — rzekł Dorian z goryczą.
— Mój ideał, jak go nazywasz...
— Jak ty go nazwałeś.