Gdy stanęli na najwyższym schodzie, Dorian wyjął klucz i obrócił go w zamku. Wtem zatrzymał się z wyrazem przestrachu w oczach. Zadrżał.

— Nie wiem, czy będę mógł wejść, Alanie — wyszeptał.

— Jesteś mi zbyteczny. Możesz mnie zostawić samego — chłodno rzekł Champbell.

Dorian na wpół otworzył drzwi. W pełnym świetle słonecznym zobaczył szyderczą twarz portretu. Obok niego leżała na podłodze podarta zasłona. Przypomniał sobie, że ubiegłej nocy po raz pierwszy w życiu zapomniał zasłonić fatalne płótno, i chciał już rzucić się naprzód, ale cofnął się z drżeniem.

Cóż za wstrętna czerwona rosa, wilgotna i błyszcząca, widniała na jednej z rąk, jakby płótno było pokryte krwią? Jakie to straszne! Wydało mu się to w tej chwili straszniejsze niż milcząca bryła, o której wiedział, że jest oparta o stół, której dziwaczny niezdarny cień na poplamionym dywanie wskazywał mu, iż nie ruszyła się i pozostaje na tym miejscu, gdzie ją zostawił.

Głęboko zaczerpnął powietrza, otworzył drzwi nieco szerzej i wszedł do pokoju cicho z przymkniętymi oczami i odwróconą głową, postanawiając nie spojrzeć ani razu na trupa. Schylił się, podniósł złoto-purpurową zasłonę i zarzucił ją na obraz.

Potem przystanął, obawiając się odwrócić i mając oczy nieruchomo utkwione w zawiłym deseniu, który miał przed sobą. Słyszał, jak Campbell wnosił ciężką skrzynię, żelazo i inne rzeczy, których potrzebował do swej strasznej pracy. Zaczynał zastanawiać się nad tym, czy spotkał on kiedyś Bazylego Hallwarda, a jeśli tak, co wzajem o sobie myśleli.

— Zostaw mnie teraz — odezwał się za nim ostry głos.

Odwrócił się i wybiegł, ledwo dostrzegając przechylonego na krześle trupa i Campbella, wpatrującego się w żółtą, świecącą twarz. Gdy schodził po schodach, słyszał, jak w zamku obracano klucz.

Było już dobrze po siódmej, gdy Campbell powrócił do biblioteki. Był blady, ale zupełnie spokojny.