Dziewczyna zbladła i drżała. Złożyła ręce jak do modlitwy, a głos zdawał się łamać w jej gardle.

— Ty nie mówisz poważnie, Dorianie? — wyszeptała. — Grasz chyba.

— Grę pozostawiam tobie. Tak dobrze ją umiesz — odparł z goryczą.

Powstała z klęczek i z wyrazem rozpaczliwego bólu na twarzy zbliżyła się ku niemu. Zarzuciła mu ramiona szyję i spojrzała mu w oczy.

— Nie dotykaj mnie! — zawołał.

Głuche westchnienie wydarło się z jej piersi, rzuciła mu się do kolan i upadła mu pod nogi jak zdeptany kwiat.

— Dorianie, Dorianie, nie porzucaj mnie! — wyszeptała. — Tak żałuję, że nie grałam dobrze. Cały czas myślałam o tobie. Ale spróbuję, naprawdę spróbuję. Miłość do ciebie spadła na mnie tak nagle. Zdaje mi się, że nie zaznałabym jej nigdy, gdybyś mnie nie był pocałował, gdybyśmy się byli nie całowali. Pocałuj mnie jeszcze, ukochany. Nie odchodź ode mnie. Mój brat... Nie, on tego nie myślał. On tego nigdy nie myślał. On żartował... Ale ty, och, czyż nie możesz mi wybaczyć dzisiejszego wieczoru? Będę bardzo pracowała i spróbuję zrobić postępy. Nie bądź dla mnie okrutny, bo ja kocham cię nad wszystko na świecie. Przecież tylko jeden raz ci się nie podobałam. Masz jednak zupełną słuszność, Dorianie. Należało pokazać się lepszą artystką. To było głupie z mojej strony, i nic na to teraz nie poradzę. Ach, nie porzucaj mnie, nie porzucaj mnie.

Dławiło ją spazmatyczne łkanie. Wiła się na podłodze skulona jak zraniona, a Dorian Gray patrzył na nią swymi pięknymi oczami z wyniosłą wzgardą rysującą się na jego wykwintnych ustach. Uczucia tych, których przestaliśmy kochać, wydają nam się zawsze cokolwiek śmieszne. Sybilla Vane robiła na nim wrażenie niedorzecznie melodramatyczne. Jej łzy i westchnienia go nudziły.

— Odchodzę — rzekł wreszcie spokojnym i jasnym głosem. — Nie chcę sprawiać ci przykrości, ale nie mogę cię więcej widywać. Rozczarowałaś mnie.

Płakała cicho, nie odpowiadając, ale czołgając się bliżej. Jej drobne ręce wyciągały się na oślep, jakby go szukały. Obrócił się na pięcie i wyszedł. Za parę chwil opuścił teatr.