Nie, to było raczej złudzenie wzburzonych zmysłów. Straszna noc, którą przeżył, pozostawiła po sobie majaki. Na jego mózg opadła nagle owa drobna szkarłatna plama, przyprawiająca ludzi o szaleństwo. Obraz się nie zmienił. Podobne przypuszczenie jest niedorzecznością.
A jednak patrzy na niego swą piękną twarzą z okrutnym uśmiechem. Jego bujne włosy lśnią się w porannym słońcu. Jego niebieskie oczy spotykają się z jego własnym wzrokiem. Owładnęło nim uczucie bezmiernej litości, nie nad sobą, lecz nad wymalowanym wizerunkiem. Był już zmieniony i nadal będzie się zmieniał. Złoto jego spłowieje w szarość. Jego czerwone i białe róże zwiędną. Za każdy popełniony przez niego grzech piękność obrazu będzie skażona plamą lub piętnem. Ale on nie będzie grzeszył. Zmieniony czy niezmieniony, obraz będzie widomym stygmatem jego sumienia. Oprze się pokusom. Przestanie się widywać z lordem Henrykiem, a co najmniej nie będzie słuchał tych wyrafinowanych trujących teorii, które w ogrodzie Bazylego Hallwarda po raz pierwszy wzbudziły w nim pragnienie rzeczy niemożliwych. Powróci do Sybilli Vane, przebłaga ją, ożeni się z nią, będzie się starał kochać ją znowu. Tak, to jego obowiązkiem. Ona więcej cierpiała od niego. Biedne dziecko! Był wobec niej samolubny i okrutny. Urok, którym go oczarowała, powróci. Będą szczęśliwi oboje. Ich wspólne życie będzie piękne i czyste.
Wstał z krzesła i naprzeciw portretu ustawił szeroki parawan, wstrząsając się, gdy spojrzał płótno. „Jakie to straszne!” — wyszeptał do siebie i podszedłszy do szklanych drzwi, otworzył je. Gdy stanął na trawie, odetchnął głęboko. Świeże ranne powietrze zdawało się płoszyć wszystkie jego posępne uczucia. Myślał tylko o Sybilli. Odezwało się w nim ciche echo miłości do niej. Wciąż powtarzał jej imię. Ptaki śpiewające w okrytym rosą ogrodzie zdawały się opowiadać o niej kwiatom.
Rozdział VIII
Obudził się już dobrze po południu. Służący kilkakrotnie wchodził na palcach do pokoju, aby zobaczyć, czy się nie obudził, i był zdziwiony, że jego młody pan śpi tak długo. Wreszcie odezwał się dzwonek i Wiktor wszedł cicho, niosąc na małej tacy z sewrskiej65 porcelany filiżankę herbaty i stos listów. Rozsunął firanki z oliwkowego atłasu w niebieski deseń, zawieszone w trzech wielkich oknach.
— Jaśnie pan spał dziś bardzo dobrze — rzekł, uśmiechając się.
— Która godzina, Wiktorze? — zapytał leniwie Dorian Gray.
— Kwadrans po pierwszej, jaśnie panie.
Jak późno! Usiadł i łyknąwszy nieco herbaty, przeglądał listy. Jeden był od lorda Henryka, przyniesiono go dziś rano. Wahał się przez chwilę, po czym odłożył go na stronę. Inne otwierał w roztargnieniu. Była to zwykła kolekcja biletów66, zaproszeń na obiady, kart wstępu na wystawy prywatne, programów koncertów dobroczynnych i tym podobnych, którymi w ciągu sezonu zasypywano co rano każdego młodego człowieka z towarzystwa. Był tu też dość słony rachunek za srebrne przybory toaletowe w stylu Ludwika XV, którego nie miał jeszcze odwagi przesłać swym opiekunom, ludziom o skrajnie przestarzałych pojęciach, nie umiejących pogodzić się z tym, że żyjemy w czasach, kiedy niezbędne są dla nas tylko rzeczy zbędne. Prócz tego dostarczono sporo bardzo uprzejmych oświadczeń od lichwiarzy z Jermyn Street, gotowych w razie potrzeby udzielić pożyczki na każdą sumę i na bardzo umiarkowany procent.
W dziesięć minut później wstał, zarzucił kosztowny szlafrok z haftowanego jedwabiem kaszmiru i przeszedł do łazienki o posadzce z onyksu. Chłodna woda orzeźwiła go po długim śnie. Zdawał się nie pamiętać niczego, co zaszło. Raz czy dwa przemknęło mu w duszy niejasne wrażenie, jakoby odegrał był rolę w jakiejś niezwykłej tragedii, ale wydało mu się to złudzeniem snu.