Przesunął parawan na poprzednie miejsce przed obrazem, uśmiechając się przy tym, po czym przeszedł do sypialni, gdzie już czekał na niego służący. W godzinę później był w operze, a lord Henryk pochylał się nad jego krzesłem.

Rozdział IX

Nazajutrz rano, gdy siedział przy śniadaniu, wszedł Bazyli Hallward.

— Bardzo się cieszę, że cię zastałem, Dorianie — rzekł poważnie. — Byłem wczoraj wieczór, ale powiedziano mi, że jesteś w operze. Wiedziałem, oczywiście, że to niemożliwe. Wolałbym jednak, abyś zostawił wiadomość, gdzie naprawdę poszedłeś. Miałem straszny wieczór, byłem niemal przerażony, że za jedną tragedią może przyjść druga. Myślałem, że zadepeszujesz mi, gdy tylko się o tym dowiedziałeś. Zupełnie przypadkowo przeczytałem o tym w ostatnim wydaniu „The Globe”, które wpadło mi w ręce w klubie. Natychmiast tu przyszedłem i nie zastawszy cię, byłem zrozpaczony. Nie umiem nawet wyrazić, jak wziąłem do serca całą tę sprawę. Rozumiem, jak bardzo musisz cierpieć. Ale gdzie byłeś? Czy może u matki tej dziewczyny? Przez chwilę chciałem tam pójść za tobą. Adres podano w dzienniku. Gdzieś na Euston Road, nieprawdaż? Obawiałem się jednak narzucać się w cierpieniu, w którym nie umiałbym pocieszyć. Biedna kobieta! W jakimż musi być stanie! A przy tym to jej jedyne dziecko! Jak zniosła to wszystko?

— Mój drogi Bazyli, co mogę o tym wiedzieć? — wyszeptał Dorian Gray, z wyrazem strasznej nudy, wysączając nieco jasnożółtego wina z wytwornie złoconego kieliszka z weneckiego szkła. — Byłem w operze. Mogłeś był tam przyjść. Poznałem lady Gwendolen, siostrę Henryka. Byliśmy w jej loży. Jest wprost czarująca, a Patti śpiewała bosko. Nie mów o rzeczach okropnych. Skoro się o czymś nie mówi, nie zdarzyło się nigdy. Jedynie słowo, jak mówi Henryk, nadaje rzeczom rzeczywistość. Mogę tylko powiedzieć, że nie była jej jedynym dzieckiem. Jest jeszcze syn, zapewne czarujący chłopiec. Ale nie w teatrze. Marynarz, czy coś podobnego. A teraz opowiedz mi o sobie i co malujesz.

— Byłeś w operze? — rzekł Hallward, mówiąc bardzo powoli i z dziwnym wyrazem bólu w głosie. — Byłeś w operze, gdy Sybilla Vane leżała martwa w jakimś nędznym mieszkaniu? Możesz mi opowiadać, że inna kobieta jest czarująca i że Patti śpiewała bosko, zanim pochowano w grobie dziewczynę, którą kochałeś? Ach, człowieku, to zbyt okropne dla jej małego białego ciała!

— Przestań, Bazyli! Nie chcę tego słyszeć! — zawołał Dorian, zrywając się na nogi. — Nie wolno ci o tym mówić. Co się stało, to się stało. Co przeszło, minęło.

— Czy dzień wczorajszy nazywasz przeszłością?

— Cóż to za różnica, ile czasu upłynęło? Tylko ludzie płytcy potrzebują całych lat, aby uwolnić się od wzruszenia. Człowiek będący panem siebie pozbywa się równie łatwo przykrości, jak łatwo wynajduje sobie przyjemność. Nie chcę być na łasce mych wzruszeń. Chcę z nich korzystać, radować się nimi i panować nad nimi.

— To straszne, Dorianie! Zmieniłeś się zupełnie. Wyglądasz wciąż równie uroczo, jak wówczas, gdy codziennie przychodziłeś do mej pracowni pozować do portretu. Ale wtedy byłeś prosty, naturalny i czuły. Byłeś najczystszym stworzeniem na całym świecie. A teraz nie rozumiem, co się z ciebie zrobiło. Mówisz, jakbyś nie miał serca ani litości. To wszystko wpływ Henryka. Widzę to.