— Nie żądaj tego ode mnie, Bazyli. Uważam to za niemożliwe, abyś patrzył na ten obraz.
— Pozwolisz mi któregoś dnia, na pewno?
— Nigdy.
— Może masz słuszność. Więc do widzenia, Dorianie. Byłeś jedyną osobą w mym życiu, która wywarła wpływ na moją sztukę. Cokolwiek zrobiłem dobrego, zawdzięczam tobie. Ach, ty nawet nie wiesz, ile mnie kosztuje, żem ci opowiedział to wszystko.
— Mój drogi Bazyli — rzekł Dorian — cóż takiego powiedziałeś? Tylko tyle, że nazbyt mnie podziwiałeś. To nawet nie jest pochlebstwem.
— Wcale nie miałem zamiaru, aby było pochlebstwem. To była spowiedź. Teraz, gdy ją zrobiłem, wydaje mi się, że coś odeszło ode mnie. Może nigdy nie należy ujmować w słowa swego uwielbienia.
— Ta spowiedź mnie rozczarowała.
— A czegóż oczekiwałeś, Dorianie? Nie dostrzegłeś przecież na obrazie nic innego, nieprawdaż? Nie znalazłeś w nim nic innego?
— Nie, nie było w nim nic innego. Czemu pytasz? Nie wolno ci jednak mówić o ubóstwianiu. To niedorzeczność. Jesteśmy przyjaciółmi, Bazyli, i winniśmy zawsze nimi pozostać.
— Masz przecież Henryka — rzekł malarz smutnie.