Mówiąc bardzo powoli, kazał mu zawezwać do siebie gospodynię oraz sprowadzić zaraz dwóch ludzi od ramiarza. Zdawało mu się, iż wzrok służącego, gdy odchodził, był skierowany w stronę parawanu. Było to może złudzeniem jego własnej wyobraźni?

W parę chwil potem zjawiła się w bibliotece pani Leaf, w czarnej jedwabnej sukni, z pomarszczonymi rękami w staromodnych nicianych mitynkach77. Zażądał od niej klucza od sali szkolnej.

— Od starej sali szkolnej, panie Dorianie? — zawołała. — Ależ tam pełno kurzu. Zanim pan tam pójdzie, muszę ją uporządkować i wyczyścić. Nie jest przygotowana na wejście jaśnie pana. Doprawdy, że nie.

— Nie potrzeba tam nic porządkować, pani Leaf. Proszę mi tylko dać klucz.

— Ależ jaśnie panie, tam pełno pajęczyn. Nie otwierano jej od blisko pięciu lat, od śmierci jego lordowskiej mości.

Drgnął na wspomnienie dziadka. Zachował po nim przykre wspomnienia.

— Nie szkodzi — odparł. — Chcę tylko zobaczyć ten pokój, nic więcej. Proszę dać mi klucz.

— Tutaj jest klucz, jaśnie panie — rzekła staruszka, szukając niepewnie drżącymi palcami w dużym pęku swych kluczy. — Tutaj jest klucz. Zaraz zdejmę go z kółka. Ale jaśnie pan nie ma chyba zamiaru przenosić się tam, tu jest wygodnie?

— Nie, nie — zawołał niecierpliwie. — Dziękuję, pani Leaf. Tak, dobrze.

Zatrzymała się jeszcze chwilę, rozgadując się o jakichś drobiazgach gospodarskich. Westchnął, wreszcie oświadczył, że może gospodarować, jak sama uważa, że będzie lepiej. Wyszła rozpromieniona.