Mężczyzna mógłby atoli wtedy dopiero zacząć kobietę słusznie szanować, gdyby ona sama przestała pragnąć być dla mężczyzny przedmiotem i materią, gdyby jej rzeczywiście zależało na emancypacji, która by była czymś więcej niż emancypacją nierządnicy. Nigdy jeszcze nie zostało otwarcie powiedziane, gdzie naprawdę szukać należy poddaństwa kobiety — wyłącznie w uwielbianej, zwierzchniczej władzy, jaką ma nad nią fallus mężczyzny. Dlatego emancypacji kobiet szczerze pragnęli tylko mężczyźni niezbyt seksualni, niezbyt żądni miłości, niezbyt głęboko patrzący, ale szlachetni i dla sprawiedliwości entuzjazmujący się mężczyźni — nie ulega to żadnej wątpliwości. Nie chcę upiększać erotycznych pobudek mężczyzny ani umniejszać jego antypatii do „kobiety emancypowanej”: łatwiej jest dawać się podciągać niż samotnie piąć się w górę, jak Kant. Ale wiele objawów, które się uważa za wypływające z usposobienia wrogiego dla emancypacji, w rzeczywistości polega tylko na niedowierzaniu i powątpiewaniu o jej możliwości. Mężczyzna nie chce mieć z kobiety niewolnicy, nader często szuka on przede wszystkim towarzyszki, która by go zrozumiała.
Nie takie wychowanie, jakie kobieta dziś odbiera, jest odpowiednim przygotowaniem do uprzystępnienia i ułatwienia kobiecie decyzji pokonania tej prawdziwej jej niewoli. Ostatniorzędnym środkiem pedagogiki macierzyńskiej jest córce, która na to lub tamto nie przystaje, grozić, że za karę męża nie dostanie. Wychowanie, jakie jest udziałem kobiet, nic innego nie ma na celu, jak ich wyrajfurzenie, w którego pomyślnym załatwieniu znajduje ono swoje ostateczne uwieńczenie. Na mężczyźnie wpływy takie nie wiele zaważą i niewiele w nim zmienią; kobieta atoli tylko się jeszcze przez nie w kobiecości swej, niesamodzielności i niewolniczości utwierdza.
Wychowywanie kobiety musi być kobiecie odebrane, wychowywanie całej ludzkości musi być odebrane matce.
Byłby to pierwszy warunek, który musiałby się spełnić, aby kobiety można było zaprząc w służbę idei człowieczeństwa, warunek, przeciwko któremu nikt w tym stopniu co ona od prapoczątków nie przeciwdziała.
*
Kobieta, która by rzeczywiście zrezygnowała, która by w sobie samej szukała ostoi, kobieta taka nie byłaby już kobietą. Przestałaby być kobietą, przyjęłaby wreszcie obok chrztu zewnętrznego chrzest wewnętrzny.
Czy może to nastąpić?
Nie ma kobiety absolutnej, a mimo to odpowiedź twierdząca na to pytanie byłaby jak uznanie cudu.
Kobieta nie stanie się szczęśliwsza przez emancypację; nie może jej ona przyrzekać zbawienia, a droga do Boga jest jeszcze długa. Żadna istota zawieszona między wolnością i niewolą nie zna szczęścia. Czy jednak kobieta zdecyduje się porzucić zniewolenie, aby stać się nieszczęśliwą?
Na razie nie chodzi o to, aby kobietę uczynić świętą. Na razie chodzi tylko o to, czy kobieta może dojść rzetelnie do do problemu swego istnienia, do pojęcia winy. Czy będzie przynajmniej chciała wolności? Chodzi jedynie o ufundowanie ideału, o skierowanie wzroku ku gwieździe przewodniej, jedynie o to, czy może w kobiecie ożyć imperatyw kategoryczny. Czy kobieta stanie pod znakiem idei moralnej, pod znakiem idei człowieczeństwa?