Mamy tedy zasady dla wszystkich: dla beneficjatów, dla księży, dla zakonników, dla szlachty, dla sług, dla bogaczy, dla kupców, dla bankrutów, dla nędzarzy, dla dewotek i kobiet światowych, dla żonatych i dla rozpustników. Słowem, nic nie uszło naszej przezorności.
— To znaczy — rzekłem — że istnieją zasady dla duchowieństwa, dla szlachty i dla pospólstwa. Chętnie pragnę ich posłuchać.
— Zacznijmy — rzekł ojciec — od beneficjatów163. Wiesz, jaki dziś handel uprawia się beneficjami164, tak iż gdyby polegać na tym, co pisał św. Tomasz i dawni ojcowie, niejeden w Kościele winny byłby grzechu symonii165. Dlatego wielce potrzebnym było, aby nasi ojcowie złagodzili roztropnie te sprawy, jak cię o tym pouczą słowa Walencji, jednego z czterech bydląt Eskobara. Jest to zakończenie drugiej rozprawy, w której podaje różne sposoby, a oto najlepszy, moim zdaniem; patrz str. 2042 tomu III: „Jeśli kto daje dobro doczesne za dobro duchowe” (to znaczy pieniądze za urząd duchowny) „i daje te pieniądze jako cenę duchownego urzędu, jest to oczywista symonia. Ale jeżeli je daje jako środek, który skłania wolę posiadającego urząd do ustąpienia go”, non tanquam pretium beneficii, sed tanquam motivum ad resignandum, „wówczas nie jest to symonia, mimo że ten, który ustępuje, uważa i ma na względzie pieniądz jako swój główny cel”. Tanner166, który również należy do naszego Towarzystwa, powiada to samo w tomie III, str. 1519 swoich pism, mimo iż przyznaje, że św. Tomasz sprzeciwia się temu, uczy bowiem stanowczo że „zawsze jest symonią dawać dobro doczesne za dobro duchowe, jeżeli dobro doczesne jest tu celem”. W ten sposób zapobiegamy nieskończonej mnogości symonii. Któż bowiem byłby tak niecny i wzbraniał się, dając pieniądze za beneficjum, uważać je za pobudkę, która skłania beneficjata do ustąpienia, a nie za cenę beneficjum? Nie ma, zaiste, tak bezbożnego człowieka.
— Zgadzam się — rzekłem — iż każdy posiada wystarczającą łaskę do takiego interesu.
— Z pewnością — odparł ojciec. — Oto, jak złagodziliśmy rzeczy co do beneficjatów. Co do księży, mamy różne maksymy, wcale dla nich wygodne. Na przykład orzeczenie dwudziestu czterech ojców w Eskobarze, str. 143: „Czy ksiądz, który wziął pieniądze, aby odmówić mszę, może wziąć na nowo pieniądze za tę samą mszę? Owszem, powiada Filiucjusz, może, ustępując część ofiary, która mu przypada jako księdzu, na rzecz tego, który płaci go na nowo, byleby nie brał odeń tyle, co za całą mszę, ale tylko za część, np. trzecią część mszy”.
— Zaiste, ojcze, to jeden z wypadków, w których i jedno i drugie mniemanie jest wielce prawdopodobne. To bowiem, co powiadasz, jest nim bez wątpienia, wobec powagi Filiucjusza i Eskobara. Ale zostawiając rzecz w sferze prawdopodobieństwa, można by także, o ile mi się zdaje, wyrazić przeciwny pogląd i poprzeć go racjami. Kiedy Kościół pozwala ubogim księżom przyjmować pieniądze za mszę (ile że słusznym jest, aby ci, którzy służą ołtarzowi, żyli z ołtarza), nie rozumie tego tak, aby oni sprzedawali mszę za pieniądze, a jeszcze mniej, aby pozbawiali samych siebie wszystkich łask, które powinni czerpać z niej pierwsi. I dodałbym jeszcze, iż „księża”, wedle św. Pawła, „mają obowiązek spełniać ofiary najpierw za siebie samych, a potem za lud”; że więc wolno im dopuścić kogoś innego do owoców ofiary, ale nie wolno wyrzec się dobrowolnie całego jej owocu i oddać go komu innemu za trzecią część mszy, to znaczy za kilka groszy. W istocie, ojcze, gdybym był choć trochę „poważnym”, ogłosiłbym to mniemanie jako prawdopodobne.
— Przyszłoby ci to bez trudu — odparł — oczywiście, że jest prawdopodobne. Trudność była w tym, aby znaleźć prawdopodobieństwo po przeciwnej stronie; na to trzeba wielkiego umysłu. O. Bauny celuje w tym: rozkosz jest patrzeć, jak ten uczony kazuista ogarnia obie strony jednej i tej samej kwestii (również tyczącej księży) i znaleźć słuszność wszędzie, tak jest zmyślny i subtelny.
Powiada w jednym miejscu (Traktat X, str. 474): „Nie można stanowić prawa, które by zmuszało księży do odmawiania mszy codziennie, ponieważ takie prawo narażałoby ich niewątpliwie”, haud dubie, „na niebezpieczeństwo odprawienia jej niekiedy w grzechu śmiertelnym”. A mimo to, w tym samym Traktacie X, str. 441 powiada: iż księża, którzy wzięli pieniądze, aby odprawiać mszę co dzień, winni ją odprawić co dzień, i nie mogą się wymawiać tym, iż nie są dostatecznie przygotowani do niej, „ponieważ zawsze można uczynić akt skruchy i jeżeli nie uczynią tego, to ich wina, a nie tego, który zamówił u nich mszę”. I aby usunąć największe trudności, które by ich mogły wstrzymywać, rozwiązuje tak tę kwestię w tym samym traktacie quaest. 32, pag. 457: „Czy, wyspowiadawszy się wprzódy, ksiądz może odprawiać mszę w tym samym dniu, w którym popełnił grzech śmiertelny? Nie, powiada Villalobos, ponieważ jest nieczysty; natomiast Sancius167 powiada, że tak, i bez żadnego grzechu; i ja uważam jego opinię za pewną i należy się jej trzymać w praktyce: ET TUTA et sequenda in praxi”.
— Jak to, ojcze — rzekłem — należy trzymać się jej w praktyce? Ksiądz, który popadł w taki występek, ośmieliłby się zbliżyć tego samego dnia do ołtarza, na wiarę o. Bauny? Czy raczej nie powinien słuchać dawnych praw Kościoła, wykluczających od ofiary na zawsze lub bodaj na długo księdza, który popełnił grzech tego rodzaju, niż nowych mniemań kazuistów, dopuszczających ich do ołtarza w samymże dniu występku?
— Słabą masz pamięć — rzekł ojciec. — Czy nie mówiłem ci już kiedyś, że „wedle naszych ojców Cellota i Reginalda, w sprawach moralności nie należy się trzymać dawnych Ojców, ale nowych kazuistów”.