Trudno mi chyba wziąć za złe, że rozciekawiony zbliżyłem się na palcach i spojrzałem przez dziurkę od klucza. Prawo to przysługuje nie tylko wam, nowelistom, ale i nam, porządnym ludziom, którzy by inaczej nie mieli powodu podróżować. Jakże dobrze uczyniłem podglądając. Z muzyki nic się nie dowiedziałem. Zachrypły męski głos nucił różne fragmenty tekstu operowego, z których rozumiałem tylko często stosowane okrzyki: Deh perfida! Ah barbaro! Come? Tiranna! O dio! Strappami il cuor dal seno...61 i tak dalej. Prastary instrument stał przy przeciwległej ścianie, tak że śpiewak obrócony był tyłem. Po chwili jednak zaczął szukać czegoś w stosie nut, leżącym na łóżku, i ujrzałem jego profil. Zgadnij pan, kto to był?
— Chyba nie szalony baryton Tobia Seresi? — rzekłem.
— Ktoś jeszcze szaleńszy! Poznałem człowieka, w którego obecność nie uwierzyłbym, gdybym go nie widział na własne oczy. Był to signor62 Carlo, mąż mojej wdowy!
— Niepodobna! — powiedziałem. — Wino Portovenere musiało wywołać ową wizję lub może wszystko było snem nocy letniej.
— Myli się pan! — zaręczył. — Proszę słuchać dalej. Sam myślałem zrazu, że się łudzę. Ale, badając szczegółowo, rozpoznałem najwyraźniej rysy mężczyzny z portretu nad sofą Lukrecji.
— A uszy? — spytałem.
— Uszu nie było widać. Włosy miał snadź63 od całych miesięcy niestrzyżone, zwisały mu bowiem aż na ramiona. Musiałem trącić drzwi, gdyż nagle obrócił się ku mnie i spytał:
— Czy to pani, Beatrycze?
Tak było na imię gospodyni.
Wobec tego, żem się zdradził, postanowiłem do reszty sprawę wyświetlić i krzyknąłem przez dziurkę, że nie jestem Beatryczą, ale przyjacielem, który pragnie z nim zamienić kilka słów. Wymieniłem jego imię i nazwisko i zauważyłem, że się przeraził i dumał przez chwilę, czy ma się przyznać do swej identyczności. Nie było jednak rady, gdyż wykryto jego leże, przeto wstał i otworzył. Nie zapomnę spojrzenia, jakim mnie zmierzył. Tak patrzeć musiał Łazarz64, wstawszy z grobu.