Starucha poszła za nią. Wkrótce potem usłyszałem jej ochrypły głos; potokiem wyzwisk dawała ujście swej wściekłości, którą przy mnie musiała z trudem hamować. Niewiele z tego rozumiałem; kobiety były w trzecim pokoju, słyszałem jednak, że stara wciąż sama gada. Córka tylko rzadko się odzywała.
Nareszcie wzburzona starucha zdawała się uspokajać. Przebrzmiały ostatnie przenikliwe, dyszące, chrapliwe dźwięki. Pani Gemma wróciła w swej zwykłej spokojnej postawie, tylko policzki jej płonęły.
— Miała pani zmartwienie? — ośmieliłem się zapytać. — Krótki list pani nie podobał się matce?
— Biedna stara! — powiedziała na poły litościwie, na poły lekceważąco. — Różnimy się poglądami.
Dziecko obudziło się i pobiegło do matki, która je wzięła w ramiona i mocno uścisnęła. Potem nagle opuściła je z powrotem na podłogę, podeszła do okna i otworzyła je.
— Jak gorąco! — rzekła odgarniając włosy z czoła. — Będzie burza.
— Proszę wziąć wachlarz, tam... — powiedziałem.
— Jaki wachlarz?
Zaraz pierwszego dnia spostrzegłem na gzymsie kominka wąską ozdobną szkatułkę, spoczywającą między dwoma świecznikami; zdawało mi się, że szkatułka kryje wachlarz. Wstałem, by go jej podać. Gdy się ku niej zwróciłem, usłyszałem nagle głośny śmiech. Wszystkie ślady irytacji zniknęły; była wielkim dzieckiem, któremu każdy żart sprawia olbrzymią radość.
— Tak, tak! — zawołała — ten wachlarz chłodzi, ale w zbyt wielkim stopniu. Otwórz pan pudełko, signor71 Arrigo, a przyzna mi pan rację.