— Wie pan co? Zacznij pan zaraz mój portret, by był gotów, zanim brat wróci. Spytamy, kogo przedstawia, a jeśli pozna, da panu zań, ile zechcesz, bo wcale nie jesteśmy biedni. W Neapolu brat miał pod sobą siedmiu rybaków, wyjeżdżał na morze trzema barkami i mógł kupić posiadłość ziemską zamiast tego młyna. Cóż mu jednak po pieniądzach, gdy go serce boli. Siadaj pan! Przestanę gadać, bo na papier należy przenieść w spokoju usta, oczy i wszystko.
Biedny nasz znajomy w niemałym znalazł się kłopocie.
— Trochę tu ciemno! — zauważył, a serce mu zabiło.
— Idźmy tedy na łąkę.
— Tam znowu za jasno, Tereso. Wiesz dobrze, jak trudno znaleźć właściwe oświetlenie.
— Mam radę! — zawołała żywo, otwierając okiennice. — W izbie teraz w sam raz jasno i gdybym umiała, zaraz bym pana jak najdokładniej odmalowała na ścianie.
— Ano to zaczynajmy! — powiedział zuchwale.
Przysunęła dwa stołki do okna, przez które widać było całe koryto potoku i czeluść skalną, a on dobył papier, przeznaczony na dar Muzy poetyckiej25, wziął w rękę ołówek i poprosił, by usiadła.
Ciemny rumieniec oblał smagłe policzki dziewczęcia, gdy uczuła na sobie jego bystre spojrzenie. Oczy o czarnych, długich rzęsach, niby skrzydłach orła, patrzyły nieruchomo na świat, czasem przesłaniała je tylko mgła natężenia. Poprosił, by się poruszała swobodnie, gdyż to nie zaszkodzi portretowi. Nie mogąc się powstrzymać, dotknął jej włosów, poprawiając niby fryzurę.
— Tereso! — szepnął.