Sokrates: Nie wydaje ci się?
Hippiasz: Bo zgoła bym nie pojmował ani natury tych rzeczy, ani jak to rozumieć, co się teraz mówi!
XXV. Sokrates: To dopiero przyjemne, Hippiaszu. Ale mnie się może tylko zdaje, że coś widzę w tej chwili: coś, co jak ty powiadasz, być nie może, i może nic nie widzę.
Hippiasz: Nie ma obawy, Sokratesie, tylko ty umyślnie niedowidzisz.
Sokrates: Ach, doprawdy, tyle mi takich rzeczy jasno staje przed oczyma duszy, ale im nie dowierzam, bo się nie zjawiają tobie, mężowi, który największe pieniądze zrobił na mądrości spośród współczesnych, tylko mnie, którym nigdy nic nie zarobił. I w duchu sobie myślę, przyjacielu, czy ty aby nie żartujesz ze mnie i umyślnie mnie w błąd nie wprowadzasz. Tak wyraźnie i tyle rzeczy jasno widzę.
Hippiasz: Sokratesie, nikt lepiej od ciebie nie będzie wiedział, czy żartuję, czy nie, jeśli spróbujesz powiedzieć to, co ci tak świta przed oczyma. Pokaże się przecież, że mówisz nie do rzeczy. Bo za nic w świecie nie znajdziesz takiej cechy, której bym ani ja nie nosił, ani ty, a nosilibyśmy ją obaj razem.
Sokrates: Jak ty mówisz, Hippiaszu? Może mówisz do rzeczy, tylko ja nie rozumiem. Posłuchajże mnie jaśniej, co chcę powiedzieć. Bo mnie się widzi, że znamię, którego ani ja nie noszę, ani tym czymś nie jestem, ani ty tym nie jesteś, to znamię obaj razem nosić możemy. A inne znowu cechy nosimy obaj, a żaden z nas tym czymś nie jest.
Hippiasz: Cuda niby znowu odpowiadasz, Sokratesie; jeszcze większe niż twoja odpowiedź przed chwilką. Bo zobacz: Czy jeśli obaj jesteśmy sprawiedliwi, czy nie musi takim być i ten, i drugi, albo jeśli jeden i drugi niesprawiedliwy, czy nie muszą znowu i obaj, albo jeśli zdrowi, to czyż nie jeden i drugi? Albo: jeśliby chory czy ranny, czy zbity, czy jakąkolwiek inną cechą dotknięty był każdy z nas dwóch, to czyż nie musielibyśmy być nią dotknięci i obydwaj? I toż samo, gdybyśmy ze złota czy ze srebra, czy z kości słoniowej byli, czy, jeśli chcesz, byli właśnie dzielni czy mądrzy, sławni czy starzy, naprawdę, czy młodzi, czy co tylko chcesz z ludzkich znamion, gdybyśmy obaj nosili, to czyż nie zachodzi bezwzględna konieczność, żeby i każdy z nas dwóch tym był?
Sokrates: Ze wszech miar, przecież.
Hippiasz: Otóż to jest, Sokratesie, że ty nie obejmujesz wzrokiem całości sprawy ani ci, z którymi zwykłeś dyskutować; brutalnie odrywa jeden z drugim piękno i każdy byt tak samo i rżnie na kawałki w rozważaniach. Dlatego nie widzicie, jak się wam wymykają tak wielkie i tak doniosłe człony bytu. I teraz ty takiej wielkiej rzeczy nie zobaczyłeś i zdaje ci się, że jest albo znamię jakieś, albo byt, który dotyczy wprawdzie tych obu rzeczy razem, a nie dotyczy każdej z osobna, albo znowu dotyczy każdej z osobna, a obu razem nie. Tak nierozumnie, tak bezkrytycznie i naiwnie, i nierozważnie wszystko traktujecie.