XI. Prócz tego przedmioty należące do przytoczonych gatunków piękne są względnie, czyli: w porównaniu z jednymi przedmiotami posiadają tę cechę, a w porównaniu z innymi jej nie posiadają. Sokrates zaś zakłada z góry, że piękno samo będzie czymś bezwzględnym.
Hippiasz na miejsce panny proponuje złoto, zwiedziony brzmieniem słów Sokratesa, które dotyczyły stosunku idei do przedmiotu konkretnego, a nie miały znaczenia przestrzennego. Piękna nie pojmował Sokrates jako przestrzennej cząstki jakiegokolwiek przedmiotu i żadnej cząstki przestrzennej jakiegokolwiek przedmiotu nie nazwie pięknem — choćby nią było i złoto.
Pospolity gust sofisty wychodzi na jaw. Przychodzą na myśl tynktury51 brązowe, którymi pozbawione smaku gospodynie i dziś jeszcze usiłują „upiększać” rzeczy szpetne w konstrukcji lub materiale.
Pierwsza poważna próba: piękne to, co stosowne
XII. Przykład Fidiaszowej Ateny dowodzi, że jeśli kiedy złoto czyni przedmioty pięknymi, to nie dlatego, żeśmy do nich dołączyli złoto — tylko dlatego, że coś stosownego. Jako istotę piękna widzi zatem Hippiasz już nie złoto, ale to, co stosowne. Równocześnie traci humor, poważnieje; niezadowolony, że mu lekcja nie idzie. I tu mu Sokrates podaje garnek grochu z kopystką do rozważenia.
Druga próba: piękno to doczesny ideał życiowy
XIII. To sofistę wyprowadza z równowagi; chce poznać swego przeciwnika; Sokrates jednak zwraca uwagę na przepaść, jaka ich dzieli od siebie. Imię jej nie zapełni. Hippiasz jest zniecierpliwiony. Nie chce odpowiadać na pytanie, która z dwóch kopystek piękniejsza. Cokolwiek by odpowiedział, Sokrates nie byłby zadowolony, bo „to, co stosowne” ma w sobie zaród względności, a Sokrates z góry już szuka czegoś, co bezwzględne. Czy ma słuszność, twierdząc już z góry, że to, co piękne, zawsze i wszędzie, i dla każdego, i pod każdym względem będzie piękne — o tym można dyskutować; w każdym razie nie mogło Sokratesa zadowolić takie określenie piękna, jakie w tej chwili podaje Hippiasz, malując w kilku słowach ideał powodzenia życiowego. Za ciasne przecież w stosunku do mowy potocznej, gdyby nawet ten kompleks wypadków miał w sobie naprawdę coś niezmiernie pięknego.
XIV. Sokrates urządza scenę z komedii. W potoku żartów gubi się tu i ówdzie wątek rozważań. Czytelnik nie wie, co się stało właściwie z „tym, co stosowne”. Ono wróci jednak w rozdziale XVII.
XV. Na razie Sokrates, nie żałując mocnych słów przeciwnikowi, które rzekomo do kogoś innego kieruje, powtarza jeszcze raz pytanie o istotę piękna i znajduje w ostatniej odpowiedzi sofisty trudność natury religijnej. Trudność w tym, że tak pojęte piękno byłoby dla synów bożych z mitu greckiego niedostępne, bogowie bowiem nie umierają, a oprócz tego nazwać pięknem coś, w czym się śmierć boga mieści, to mocno pachnie bluźnierstwem.
Jeżeli Sokrates, który przecież mitów nie bierze serio, podnosi tę trudność mimo to, chce chyba stanąć na stanowisku sofisty i powiedzieć mu: Nawet twój niezbyt mądrze zmyślony zaświat nie da się pogodzić z tym ciasnym pojmowaniem piękna jako powodzenia życiowego, tutejszego. Przecież i w tym twoim zaświecie musi być miejsce dla piękna, a tam przecież mają istnieć zupełnie inne niż u nas warunki życia. Zatem nie można ograniczać piękna do tak ciasnego miejsca i czasu, jak tu i teraz — w Atenach. Piękno musi mieć takie określenie, żeby je stosować można do wszystkich miejsc, czasów, stosunków, przedmiotów.