Sokrates: Dlatego też, kochany Teodorze, tym uważniej się tym zająć trzeba i to od początku, tak jak oni rzecz stawiają.
Teodoros: Ze wszech miar Sokratesie. Bo o tych heraklitejczykach, czy jak ty mówisz, homerydach, i jeszcze starszych zupełnie mówić nie można z tymi tam koło Efezu; oni robią takie miny, jakby się na doświadczeniu opierali, a w rozmowie — jak by ich szerszeń ukłuł. Po prostu nosi ich coś, oni nawet tak piszą. A to, żeby zostać przy jednej myśli, żeby wytrwać przy zagadnieniu, żeby spokojnie punkt po punkcie odpowiadać i pytać — tego u nich jest mniej niż nic. To może zresztą przesada powiedzieć, że mniej niż nic, ale w każdym razie spokoju w tych ludziach nie ma ani odrobiny. Jeżeli którego o coś zapytasz, ten ci zaraz jak z kołczana powiedzonka zagadkowe dobywa i strzela nimi jak z łuku, a jak próbujesz w tym sens uchwycić, co on powiedział właściwie, dostaniesz zaraz drugim po łbie, jakąś nową przenośnią, a nie dojdziesz nigdy do niczego z żadnym z nich. Nawet i oni sami ze sobą nawzajem; oni bardzo pilnie przestrzegają, żeby nie dać istnieć niczemu, co stałe, ani w myślach, ani w duszach własnych, bo im się zdaje, tak ja uważam, że to byłby zastój. A z tym walczą zacięcie i gdzie tylko mogą, stamtąd go wyrzucają.
Sokrates: A możeś ty, Teodorze, widział tych ludzi tylko podczas walki, a nie obcowałeś z nimi, gdy byli pokojowo usposobieni? Ja mam jednak wrażenie, że oni takie rzeczy z całym spokojem wykładają swoim uczniom, których chcą upodobnić do siebie samych.
Teodoros: Jakim tam uczniom, Pan Bóg z tobą! Przecież pomiędzy takimi ludźmi nie może zostać jeden uczniem drugiego, tylko tak — sami z siebie rosną; wszystko jedno, skąd tam przypadkiem w którego jaki bóg wstąpił; każdy z nich myśli, że drugi nie ma o niczym pojęcia. Z tymi, jak mówiłem, nigdy końca nie dojdziesz, ani gdy chcą, ani gdy nie chcą. Ich samych trzeba wziąć pod uwagę jako problem i rozpatrywać.
Sokrates: Ty w sam raz mówisz. A to zagadnienie, skądinąd, dostaliśmy w spadku po starożytnych; oni w poetyckiej formie, aby ich szerokie koła nie rozumiały, śpiewali, że źródłem wszechrzeczy Ocean jest i Tetyda62, a więc płynny nurt, i nic nie stoi na miejscu. A od późniejszych też słyszeliśmy — ci już są mądrzejsi i piszą bez osłonek, aby i szewcy ich mądrość mogli pojąć, usłyszawszy, i by przestali głupio myśleć, że jedne rzeczy spośród istniejących stoją, a inne się ruszają — niech się dowiedzą, że wszystko się rusza, i niech ich czczą. A byłbym zapomniał, Teodorze, że inni znowu wprost przeciwne objawienia głosili, jak na przykład to, że nieruchome jest to, czemu na imię wszechświat, i inne rzeczy, które Melissowie63 i Parmenidesowie uparcie utrzymują wbrew tamtym; że wszystko jest jednością i stoi na miejscu samo w sobie, bo nie ma miejsca, w którym by się ruszać mogło. Więc z nimi wszystkimi, przyjacielu, co poczniemy? Bo tak powolutku naprzód idziemy i nie zauważyliśmy, żeśmy wpadli w środek pomiędzy jednych i drugich, i jeżeli się nam nie uda jakoś szczęśliwie umknąć, to będzie z nami źle, jak z tymi, co na placu przy samej linii dzielącej grają, a tu ich jedna i druga partia chwyta i na swoją stronę przeciąga. Ja mam wrażenie, że naprzód lepiej rozpatrzyć tamtych, przeciw którym straszyliśmy zrazu, tych, co to płyną. I jeżeli się pokaże, że coś do rzeczy mówią, to damy się przeciągnąć na ich stronę, a będziemy próbowali uciec przed tamtymi. A jeżeli znowu wydawać się będzie, że raczej prawdę mówią ci, co to wszechświat umocowują na miejscu, to znowu do nich uciekniemy od tych, co poruszają rzeczy nie do poruszenia. A jeżeli się pokaże, że ani jedni, ani drudzy nie mają racji, to będziemy śmieszni, ponieważ się nam zdawało, że mówimy do rzeczy, a jesteśmy do niczego. A próbowaliśmy strącić z ołtarza powagi najznamienitsze wiekiem i mądrością. Więc patrz, Teodorze, czy się opłaci narażać na tak wielkie niebezpieczeństwo.
XXVIII. Teodoros: No, trudno, jakoś wytrzymamy, Sokratesie. Rozpatrzmy, co mówi jedna i druga strona.
Sokrates: Wypadnie chyba wziąć się do rozważania, skoro tak zachęcasz. Więc ja mam wrażenie, że najlepiej zacząć rozważania nad ruchem stąd, co to takiego właściwie mają na myśli ci, którzy twierdzą, że wszystko się rusza. Mam ochotę powiedzieć coś w tym rodzaju: czy oni mają na myśli jakąś jedną postać ruchu, czy też, jak mnie się wydaje, dwie postacie? Ale niech się to nie wydaje tylko mnie — ty też trzymaj razem ze mną, abyśmy wspólnie cierpieli, jeżeli wypadnie. Powiedz mi: czy ty nazywasz ruchem to, kiedy coś zamienia jedno miejsce na inne, albo też kręci się na tym samym miejscu?
Teodoros: Ja tak.
Sokrates: Więc niech to będzie jedna postać. A kiedy coś trwa na tym samym miejscu, ale starzeje się albo się staje czarne z białego, albo twarde z miękkiego, albo jakąś inną zmianę jakościową przechodzi, czy nie godzi się nazwać tego drugą postacią ruchu?
Teodoros: Mnie się wydaje, że tak.