Trzeba przyznać, że ta szata jest nad wyraz bałamutna i mętna, i nie wychodzi dość plastycznie, mimo to, że jest usiana liczbami.
Materiał wszechświata jest mieszaniną utartą z trzech składników: z idei, z tego, co zmienne, i z istoty. To, co zmienne, wygląda na materię dostrzegalną zmysłami, która się nie chce mieszać z ideami — zupełnie jak oliwa z wodą albo z białkiem. Dopiero gwałtem można utrzeć z nich emulsję, np. majonez. Dusza dlatego musiała mieć w sobie coś wspólnego z ideami i coś z materii, żeby mogła poznawać zarówno idee, jak i przedmioty zmysłowe, materialne, ponieważ uchodziło za rzecz konieczną, żeby to, co ma poznawać, było podobne do tego, co ma być poznane. A czemu do tej emulsji trzeba było jeszcze istoty w dodatku, trudno zgadnąć. Widocznie — same idee nie wystarczały do istnienia, choć pomieszane z materią. Dość dziwne i to, że mieszając idee z materią, trzeba było dodać, jako trzeci składnik, mieszaniny idei z materią. To tak, jakby ktoś, chcąc zrobić ciasto z wody i z mąki, dodawał do tego jeszcze mieszaniny wody z mąką, czyli ciasta, i nazywał tę mieszaninę trzecim składnikiem. O parę wierszy niżej tym trzecim składnikiem wydaje się „istota”, choć powinna by się nazywać czwartym, skoro trzecim była mieszanina. Ale właściwie to istota będzie trzecim. W każdym razie uważnemu czytelnikowi zaczyna się już trochę kręcić w głowie. Niedługo przeczyta, że to właśnie jest ruch najgodniejszy umysłu ludzkiego: ruch obrotowy.
Ale teraz dopiero przychodzi ustęp bardziej zawiły niż wszystko, co dotąd, i mimo wszelkich komentarzy niezrozumiały.
Bóg odejmuje od całości cząstki mieszaniny coraz to większe, jakby miał wypiekać jakieś pieczywo nierówne. Stosunek między wielkościami odjętych cząstek jest wyrażony w liczbach. Tych cząstek jest siedem. Komentatorzy zwracają uwagę, że te liczby dadzą się ustawić w dwa szeregi: lewy i prawy. W lewym każda niższa liczba będzie dwa razy większa od poprzedniej, a w prawym szeregu każda niższa będzie trzy razy większa od poprzedniej.
Te dwa szeregi razem nazywały się u pitagorejczyków podwójną czwórką, a już pojedyncza czwórka była liczbą świętą. Siódemka też była święta, a tych liczb jest siedem i suma sześciu pierwszych liczb daje liczbę siódmą: 27.
Ważniejsze wydawało się to, że jeśli według tych liczb dobrać długość strun równie grubych i z tego samego materiału, i jednako napiętych, to uzyskuje się z ich pomocą dźwięki harmonijne. W lewym szeregu odstępy między liczbami nazywają się dwukrotne, a w prawym trzykrotne. W te odstępy można wkładać długości strun pośrednie tak, że uzyskać stąd można długą skalę muzyczną. Jeżeli długości dwóch strun mają się do siebie jak 3 do 6, a wstawić między nie długość równą 4, wtedy czwórka stojąca w środku okaże się większa od trójki o trzecią część tej trójki, czyli o jeden, a znowu szóstka przewyższa czwórkę o swoją trzecią część, czyli o dwa. Więc niby to czwórka o tyle samo ma wychodzić poza koniec trójki, o ile ją przewyższa szóstka. Co jest jawną nieprawdą, bo czwórka jest tylko o jeden większa od trójki, a o dwa mniejsza od szóstki. Znowu werbalizm późnych lat Platona. Trzecia część jest zawsze ta sama. Wszystko jedno czyja.
Komentarze podają długie kolumny liczb, zbudowane według recepty nieco podobnej do tekstu dialogu w tym miejscu, i powiadają, że te liczby odpowiadają skali muzycznej greckiej z tonami i półtonami. Zatem twórcy świata chodziło przy tej robocie o jakąś harmonię w składzie duszy.
Całe to objaśnienie nic nie wyjaśnia, bo co innego napinać struny, a co innego odejmować porcje materiału. Z odejmowania mas mniejszych od masy wielkiej żadna się harmonia nie może zrobić. Dlatego to miejsce jest może bardzo pitagorejskie, ale sensu niepodobna się w nim doszukać, jeżeli się liczyć z wyrazami.
Po tych pedantycznych rozcinaniach robi twórca świata coś jakby model nieba z równikiem i z ekliptyką, i z kołami, które mają odpowiadać drogom planet. Ziemia w samym środku. Nie wiadomo, czy kulista, czy nie. Model jakby z drutu albo z dykty. Ale bardzo niewyraźny.