Roześmiała się ochoczo.
Próbowałam odpowiedzieć podobnym śmiechem, a w duchu powiedziałam sobie:
„Modlitwa moja nie była ostatnią na tym świecie. Dziej się wola Boża! Niechże na moją głowę spadnie cios, bylem nie zatraciła w bezmiarze bólu wiary w Boga i nadziei”.
Hemangini pochyliła się znowu, dotknęła moich nóg, a ja powiedziałam:
— Bądź szczęśliwą, zażywaj niezmąconej pomyślności.
Uczyniłam znak błogosławienia. Ale Hemangini to nie wystarczało.
— Droga siostro! — prosiła. — Nie dość mi błogosławieństwa twego, musisz dopełnić naszego szczęścia. Musisz czcigodnymi, świętymi rękami wprowadzić męża mego w swój dom. Czy pozwolisz, by przyszedł?
Z najwyższym wysiłkiem powiedziałam:
— Dobrze, niech przyjdzie!
W chwilę potem usłyszałam znane mi dobrze kroki oraz pytanie: