W tej chwili nadszedłem i uratowałem ją od grożącego niebezpieczeństwa. A potem zacząłem ją badać.
Pokazało się, że oboje nie pierwszy raz mieli ze sobą schadzkę. Kabuliwala przezwyciężył lęk dziecka, uciekłszy się do sprytnego przekupstwa orzechami i migdałami, tak że oboje byli już w jak najlepszej przyjaźni.
Wymyślali najrozmaitsze wesołe historie, które ich nadzwyczaj bawiły. Mini, która z całą swą malutką godnością siedziała naprzeciw niego, z góry patrząc na olbrzyma, aż kurczyła buzię ze śmiechu, pytając:
— O, Kabuliwala, Kabuliwala! Co tam masz w tym swoim worku?
Zaś on odpowiadał nosowym tonem górala:
— Słonia!
Nie jest to bynajmniej tak okropnie śmieszne, ale oni oboje bawili się tym dowcipem nadzwyczajnie. Zaś dla mnie było zawsze coś dziwnie pociągającego w tej dziecinnej rozmowie z dojrzałym człowiekiem.
Kabuliwala, który przecie też nie chciał pozostać w tyle, pytał:
— A ty, mała, kiedy przeniesiesz się do domu swego teścia?
Otóż większość małych dziewuszek bengalskich od najmłodszych lat słyszy o domu swego teścia, my jednak, rodzice trochę nowocześni, nie opowiadaliśmy dziecku o tych rzeczach, wobec czego Mini musiała się czuć tym pytaniem trochę zakłopotana. Nie chcąc jednak dać tego po sobie poznać, odpowiedziała dowcipnie: