— Siostro! Kochana siostro! Przybyłam prosić cię o błogosławieństwo ślubne.
Zrazu ciało moje uczyniło się sztywne niby pień drzewa tknięty ciosem piorunu. Potem usiadłam i, zmuszając się do słów, powiedziałam z wysiłkiem:
— Czemuż bym cię nie miała pobłogosławić? Wszakże nie uczyniłaś nic złego...!
— Złego? — powtórzyła Hemangini. — Gdyś ty szła za mąż, nie mówiłaś, by to było złe. Czemuż wspominasz o tym teraz, gdy ja za mąż wychodzę?
Roześmiała się ochoczo.
Próbowałam odpowiedzieć podobnym śmiechem, a w duchu powiedziałam sobie:
„Modlitwa moja nie była ostatnią na tym świecie. Dziej się wola Boża! Niechże na moją głowę spadnie cios, bylem nie zatraciła w bezmiarze bólu wiary w Boga i nadziei”.
Hemangini pochyliła się znowu, dotknęła moich nóg, a ja powiedziałam:
— Bądź szczęśliwą, zażywaj niezmąconej pomyślności.
Uczyniłam znak błogosławienia. Ale Hemangini to nie wystarczało.