Wymawiając słowo „bogini” uniósł moją głowę w obu dłoniach i wycisnął pocałunek w owym świętym u każdego człowieka miejscu, gdzie widnieje znak kasty, pomiędzy łukami brwi. Wówczas otwarło się trzecie, święte oko boskiego poznania i dusza pojęła prawdę zaświata.
Powiedziałam sobie w duchu:
— No, to dobrze! Nie jestem w stanie oddawać mu teraz rozlicznych drobnych usług w domowych sprawach. Tedy podniosę się w wyższe sfery. Sprowadzę nań błogosławieństwo niebios. Precz z wszelkim kłamstwem, choćby w dobrym celu. Usunąć muszę chytre podstępy. Niech znikną z życia mego drobnostkowe środki i środeczki ludzkie.
Przez cały dzień czułam jakieś rozdwojenie w duszy. Zapuściła we mnie silne korzenie radość z powodu, iż mąż mój, złożywszy tak straszliwą przysięgę, nie będzie mógł pojąć drugiej żony. Ale nowa bogini, która obrała sobie we mnie siedlisko, szeptała czasem:
„Może nadejść chwila, kiedy lepiej by uczynił mąż twój, łamiąc przysięgę i żeniąc się powtórnie”.
Na to odpowiadała moja kobiecość:
„Może być... Może być, ale przysięga przysięgą i nie ma na to rady!”.
„Dobrze — mówiła znów bogini — tylko nie masz się z czego cieszyć”.
Ponownie odcięła się uparta kobiecość:
„To prawda, co mówisz, wszystko w porządku, ale mimo to przysięga go wiąże”.