Ale uśmiech zgasł szybko. Przykre myśli dręczyły go bezustannie.
— Naprzód podpisałem się na liście składek na rzecz Kongresu, następnie ogłosiłem w dziennikach ten głupkowaty artykuł, zaś teraz obraziłem sędziego okręgowego, każąc mu na siebie czekać, gdy on zaszczycił mnie odwiedzinami. Co on sobie o mnie pomyśli! Ach, ojcze Purnendu Szekharze, dziwnym zrządzeniem losu wyglądam na takiego, jakim wcale nie jestem!
Następnego poranku Nabendu ubrał się w swe najlepsze suknie, włożył do kieszeni zegarek z grubym złotym łańcuszkiem i wdział na głowę wielki turban.
— Dokąd idziesz? — zapytała go szwagierka.
— Mam ważne sprawy — odpowiedział Nabendu.
Labanja milczała.
Stanąwszy u drzwi sędziego okręgowego, wyjął swój bilet wizytowy.
— Teraz z nim mówić nie można — rzekł lodowatym tonem dyżurny lokaj.
Nabendu wyjął z kieszeni parę rupii.
Lokaj skłonił się natychmiast i rzekł: