Tego samego dnia 18 września 1944 roku około godziny 14:45 basowy pomruk setek lotniczych silników. Nad Warszawę nadlatuje wyprawa 104 „Latających Fortec”135 z amerykańskiej 8 Armii lotniczej. To wyprawa z zaopatrzeniem, którą wstępnie anonsował 10 września w depeszy premier RP Stanisław Mikołajczyk. Na widok setek otwierających się na niebie spadochronów wielu mieszkańców zaczyna wiwatować, tańczyć na ulicach, nieliczni martwią się, że teraz Niemcy zmasakrują spadochroniarzy Sosabowskiego. Dopiero po dłuższej chwili do ludzi dociera, że to nie jest zrzut oczekiwanej Brygady Spadochronowej, ale masowy zrzut zaopatrzenia. Spadochroniarze Sosabowskiego czekają w tym czasie na lotniskach południowej Anglii w oczekiwaniu na poprawę pogody w rejonie Arnhem. Ze 107 B-17 „Flying Fortress”, które rano wystartowały z baz w Wielkiej Brytanii, nad Warszawę dociera 104, co zadaje nieco kłam teorii, że straty w takiej wyprawie musiałyby być wysokie. Amerykanie zrzucają 1284 zasobniki z wysokości około 4000 metrów, z czego do rąk Powstańców trafia około 20% zrzutu, KG AK kwituje 16 ton zaopatrzenia. Resztę przejmują Niemcy.

„Bór”-Komorowski w depeszy do Londynu dziękując za pomoc, kładzie nacisk na to, że akcja musi być kontynuowana. Nikt nie wie, że to były dwie wyprawy w jednej — pierwsza i ostatnia. 22 września 1944 ostatni raz nad Warszawę przylecą samoloty z baz we Włoszech, wystartuje ich dwanaście, zrzutu dokona pięć.

Tymczasem żaden zasobnik z amerykańskiej wyprawy nie trafia na będący punktem ciężkości walk Czerniaków. Czerniaków walczy sam.

19 września z zaskoczenia Armii Wojska Polskiego udaje się wysadzić desant między mostami Poniatowskiego i Średnicowym, ląduje 1062 żołnierzy z 8 pułku piechoty i sowieckiej 20 kompanii miotaczy ognia, z zadaniem wykonania natarcia na skrzydło Niemców atakujących od północy Czerniaków. Cały desant składający się z 1 i 2 batalionu 8 Pułku piechoty na drugim brzegu ma tylko jedną radiostację, pozostałe toną w postrzelanych pontonach. Berlingowcy zajmują trochę terenu, trochę domów wokół ślimaka zjazdowego z Mostu Poniatowskiego. Z Czerniakowa rusza też powstańczy wypad, mający nawiązać łączność z desantem rzuconym między mostami. Powstańcy zajmują Przystań Wioślarską, widzą się z ludźmi po drugiej stronie wiaduktu Poniatowskiego. Jednak nie mają szans na połączenie. Rozdziela ich lawina ognia. Brak jest jakiegokolwiek współdziałania ze Śródmieścia. Być może nawet nie wiedzą tam o desancie. Z desantu, który wylądował między mostami, wróci na praski brzeg tylko 163 żołnierzy. Reszta — czyli około 800 — zginie lub dostanie się do niewoli. Niemcy raportują 283 zabitych i 300 jeńców. Ale nie raportują ludzi, którzy giną na rzece.

19 września w nocy zapada w sztabie AWP decyzja o wstrzymaniu akcji desantowej, od tej pory ma być prowadzona jedynie ewakuacja.

Mści się na Powstaniu brak ogólnej koncepcji, który gorzko wyrzuca dowódcom w swoim opracowaniu Jerzy Kirchmayer. Skoro Powstanie miało liczyć na pomoc zza Wisły, argumentuje, to trzeba było od początku siły swoje skupiać przy rzece tak, żeby mieć do niej dostęp, a nie skupiać się w centrach dzielnic odległych od brzegu. Tymczasem próbowano zdobyć mnóstwo kluczowych punktów w mieście, większości nie zdobywając. Bo jak poucza stara napoleońska maksyma — kto chce obronić wszystko, wszystko straci. Trzeba mieć przewagę, owszem, ale przez chwilę w decydującym momencie i na ograniczonym obszarze — czyli decydującym miejscu, w schwerpunkt, jak mawiali niemieccy sztabowcy sprzed stu lat. Schwerpunkt był na ginącym Czerniakowie, z którym dowództwo Powstania nie miało łączności.

19 września „Radosław”, ranny jeszcze w sierpniu w obie nogi, leżący na noszach w piwnicach budynku Wilanowska 18/20, pisze meldunek. Informuje dowodzącego obroną Mokotowa Józefa Rokickiego ps. „Karol”136, że zamierza do niego udać się kanałami z resztkami swojego zgrupowania. Patrol kanałowy przenosi ten meldunek na Mokotów, w odpowiedzi „Karol” pisze:

„Melduję o Waszym położeniu i chęci Waszej wycofania się albo na północ albo na mnie — do K-dy Okręgu. Jednocześnie według mojej oceny nie możecie opuścić absolutnie przyczółka, który obecnie zajmujecie, tym bardziej, że posiadanie tego skrawka daje Wam możność uzyskania stopniowego wzmocnienia ze strony praskiej [...] gdyby Śródmieście było w możności, już dawno przyszłoby Panu z pomocą. Co do mnie droga specjalna absolutnie nie nadaje się do przemieszczenia wojska, które swoją siłą mogłoby zaważyć na Pańskiej sytuacji. Przesyłam obecnie 800 sztuk amunicji do pm [pistoletów maszynowych] — amunicji do kb [karabinowej] niestety nie posiadam”.

800 sztuk amunicji to jest około 40 magazynków. W nocy „Radosław” podejmuje decyzję o odwrocie kanałami. Do włazu na ul. Zagórnej wchodzi około 200–260 (źródła, relacje, opracowania nie są zgodne co do takich szczegółów) żołnierzy. Ze względu na to, że walka mimo niewielkiego obszaru rozpada się już na poszczególne punkty oporu — rozkaz odwrotu nie dociera do wszystkich. Niektórzy liczą na ewakuację na Pragę, niektórzy nie chcą zostawiać rannych. Ludzie w coraz większej ilości zbierają się na skrawku brzegu Wisły, głównie nocą, rankiem chowają się w ruinach, krzakach, lejach. Berling zapowiada wielką ewakuację, 100 pontonów, nie wiadomo skąd, skoro Armia posiada ich 49, a jak wynika z powojennych dokumentów, większość była łatana. Niemcy są wstrzelani w wąski odcinek rzeki i mimo zadymiania — panują nad nią niepodzielnie ogniem. Szczególnie morderczy jest ogień broni maszynowej z wieżyczek wiaduktu Mostu Poniatowskiego, których do końca nie trafi ani jeden pocisk artyleryjski czy bomba.