Rozkaz wymarszu „Okoń” wydaje dopiero około 11: 00, ale nasyp trzeba już zdobywać w krwawym natarciu. Pierwszym oddziałom udało się przekroczyć linię kolejową i kiedy zapanowała radość, że to jednak możliwe, od Skierniewic nadjechał pociąg pancerny, masakrując żołnierzy ogniem po obu stronach toru, przy okazji niszcząc też jedyne działo polowe, jakie mieli partyzanci (według innych relacji utracili je wcześniej w czasie przemarszu, tak czy inaczej nie odegrało większej roli w bitwie). Po porażce w natarciu na tor „Okoń” zdecydował się na obronę w miejscu i przetrwanie zgrupowania do nocy. O ile od południa Niemcy blokowali tor i następowali od strony północnej, od strony Baranowa, o tyle od wschodu i zachodu teren był jeszcze otwarty. Ale rozkaz był — wytrwać do nocy. Czas działał na niekorzyść Polaków. Około 16 „Okoń” zmienił decyzję, nakazując atak w kierunku północno-zachodnim, przy czym sam major „Okoń” już po wydaniu tego rozkazu rozpoczyna przebicie z kompanią „Zemsta” w kierunku południowym. To natarcie zostaje odrzucone, partyzanci rowami melioracyjnymi spod nasypu cofają się w głąb kurczącego się terenu, jaki jest pod ich kontrolą. Wtedy też ostatni raz jest widziany major „Okoń”. Stanisław Podlewski, wytrwale zbierający przez dziesiątki lat rozliczne relacje, wyraźnie pisze, że nikt do końca nie wie, jak zginął. Rzekomo miał zdjąć mundur, opaskę i próbować się przedostać jako cywil z powrotem do Puszczy, rzekomo miał być wtedy zastrzelony przez jednego ze swoich podkomendnych w akcie rozpaczy, miał też — uznając swoją odpowiedzialność za zagładę zgrupowania — popełnić samobójstwo. Ciała jego nie znaleziono. Znalazł się w liczbie blisko 200 żołnierzy zgrupowania, którzy zginęli tego dnia pod Jaktorowem. Około 120–180 żołnierzy zostało rannych, około 200 dostało się do niewoli bądź zostało uznanych za zaginionych. Dokładna liczba strat była trudna do określenia. Wielu żołnierzy wzięli do niewoli Węgrzy, puszczając później Polaków wolno. W samych Budach Zosinych doszło do sytuacji, kiedy grożąc bronią Honwedzi stworzyli kordon oddzielający wziętych do niewoli „swoich” Polaków od oddziału SS, których chciał ich przejąć. Trudno się dziwić, że dowództwo niemieckie niechętnie używało ich w walkach z polską partyzantką.

Z kotła z bronią w ręku wyrwał się m.in. „Dolina” na czele kilkudziesięciu ludzi. Wyrwał się także dywizjon 27 pułku ułanów pod dowództwem Zdzisława Nurkiewicza ps. „Nieczaj”168, idąc do jednej z ostatnich szarż w dziejach polskiej kawalerii, nie tyle z szablami, ile z granatami w rękach. Jak opisywał kpr. Franciszek Kosowicz ps. „Maciejka”169 we wspomnieniu pomieszczonym w książce Adolfa Pilcha „Doliny” — „Partyzanci trzech puszcz”:

„Nieprzyjaciel ulokowany przed nami na koloniach, ostrzeliwuje nas zawzięcie, został chyba zaskoczony, ponieważ jego ogień stał się chaotyczny. Odpowiadaliśmy mu w pełnym biegu. Przejeżdżając galopem koło nieprzyjacielskich stanowisk, rzucaliśmy nie zatrzymując się granaty, nie zważając na to, że sami możemy dostać odłamkami. Dopadliśmy wreszcie słabo zalesionego terenu, ale nareszcie mieliśmy jaką taką osłonę. Nieprzyjaciel nie mógł nas teraz razić ogniem bezpośrednim”.

O zmierzchu przeliczają się po szarży. Górą niesie się być może huk artylerii od Warszawy. Gdzieś tam umiera powstańczy Żoliborz. Ułani zbierają się na przedmieściach Żyrardowa, formują znowu kolumnę do ataku. Ruszają, ale ich uderzenie trafia w próżnię — miasto jest opustoszałe, bowiem wszystkie jednostki garnizonowe są zaangażowane w walkach pod Jaktorowem i Budami Zosinymi. Przelatują w galopie ulicami, kierując się na południe, razem około 120–140 konnych pod bronią. Ktoś być może patrzy na nich ze zdumieniem zza zaciemnionych okien ceglanych budynków, jak na fantomy wrześniowego wojska, a ci jak duchy rozpływają się w ciemnościach, żeby dołączyć za kilka dni do oddziałów 25 pułku piechoty AK pod Piotrkowem. Na miejskim bruku nie zostają po nich nawet ślady podków. Jakby byli zjawami. Tylko jeszcze nikt im tego nie powiedział, że już nie ma ich świata, a nawet nie ma ich samych, chociaż wydają się sobie — teraz w galopie, w stukocie kopyt, charczeniu końskich chrap — żywi, realni.


Zażarte walki. Strzelec Andrzej Landau

Czytasz te frazeologizmy „zażarte walki”, „dowody żołnierskiej odwagi”, „zacięta obrona”, ale co to w zasadzie znaczy? Czy jest jakiś miernik, urządzenie, którym to można zmierzyć? Jest sześćdziesiąty pierwszy dzień czuwania. Na propozycję poddania się, wystosowaną 28 września przez gen. Källnera, dowódcę wszystkich sił, jakie Niemcy zgromadzili przeciwko powstańczemu Żoliborzowi, dowódca obrony, płk. Mieczysław Niedzielski ps. „Żywiciel”, odpowiada kontrpropozycją, żeby to Niemcy poddali się Powstańcom, bo przecież wojna się kończy i widać, kto ją przegrywa. Żołnierze zgrupowania „Żywiciel” wiedzą, że po różnych walkach, które toczyły się z większą lub mniejszą intensywnością wokół dzielnicy — nadchodzi dzień ostateczny. Nie były, jak się okazuje, tym dniem walki o Marymont, próby zdobycia Dworca Gdańskiego, próby nawiązania łączności z desantem berlingowców z prawego brzegu. Od kilku dni ostrzał Żoliborza przybiera na sile, 28 września osiągając rozmiary huraganowe. Nocą, kiedy ostrzał cichnie, słychać przemieszczające się kolumny zmechanizowane, chrzęst gąsienic ciężkich pojazdów bojowych. Niektórzy uważają, że Niemcy będą się cofać, że cisza na froncie na wysokości Warszawy oznacza, że Sowieci podjęli jakiś manewr poza Warszawą, i Niemcy, sami zagrożeni okrążeniem, szykują się do odwrotu. Wątpliwości nie mają chyba tylko żołnierze szturmowej kompanii „Żniwiarza” w ruinach fabryki „Opla”170. Są blisko stanowisk kolaboracyjnych oddziałów RONA. Stamtąd słyszą wieczorem krzyki:

— Pany Powstańce! Jutro wasz ostatni dzień!

Nazajutrz, czyli 29 września, Niemcy uderzają na Żoliborz ze wszystkich stron, a po jednym odpartym natarciu następuje kolejne, uszkodzony czołg zastępuje sprawny i tak do zmierzchu toczą się te „zażarte walki”. Szczególnym miejscem jest Klasztor ss. Zmartwychwstanek, pierwotnie szpital polowy, od 17 sierpnia obsadzony przez Zgrupowanie „Żyrafy”171 i trzymany do tej pory w powstańczych rękach mimo ponawianych natarć. W pewnym momencie ostrzeliwany bez przerwy budynek zaczyna się walić. Strzelec Andrzej Landau ps. „Wirski”172 zostaje zasypany do pasa gruzami w części budynku, z której trzeba natychmiast się wycofać. Koledzy próbują go odkopać, ratować, ale nie mają sprzętu, łomów ani oskardów, nic, tylko gołe ręce. Dwie godziny trwa obrona odciętego plutonu Lewskiego, walka tyleż o utrzymanie stanowisk, co o wydobycie strzelca „Wirskiego” z potrzasku. Wreszcie strzelec Andrzej Landau ps. „Wirski” prosi kolegów, żeby już poszli i zostawili mu pistolet oraz kilka magazynków. Nie rezygnują. Dopiero kiedy Niemcy podpalają piwnice pod miejscem, gdzie walczą koledzy „Wirskiego”, spełniają jego prośbę, zostawiają mu broń i wycofują się. „Wirski” czeka na Niemców i kiedy się pojawiają, strzela do nich do przedostatniego naboju. Ostatni zostawia dla siebie. Jak podaje Stanisław Podlewski, kiedy w 1945 dokonywano ekshumacji, w ruinach klasztoru znaleziono szkielet strzelca „Wirskiego”. Stojący szkielet. Jak mityczny Cúchulainn173 w ostatniej bitwie, wiedząc, że zginie, ciężko ranny przywiązuje się do słupa, żeby przyjąć śmierć na wyprostowanych nogach, nie na kolanach, tak strzelec „Wirski”, zasypany przez gruzy, bez możliwości, by upaść, przyjmuje swój los w pozycji wyprostowanej. Brzmi jak opowieść starego wiarusa, spełnienie długiego, pełnego bohaterskich czynów życia wojownika? Być może, tylko że strzelec „Wirski”, Andrzej Landau (niech to Imię powtórzy się jeszcze raz, warte jest pamiętania i powtarzania w myślach) w dniu 6 sierpnia 1944 roku obchodził swoje 16 urodziny.