— Ano tak to — Pan Bolesław zdawał się cały czas ironicznie uśmiechać — jak nie ma potrzeby ani szans, to się nie walczy, po prostu. Byliśmy okrążeni, pomocy nie można było się spodziewać znikąd, więc nie było sensu walczyć. Kiedy walka nie ma sensu, zamienia się w zwykłą rzeź, wiesz?

Wtedy nie wiedziałem, że Pan Bolesław uciekł spod okupacji niemieckiej do strefy sowieckiej, że zaciągnął się do Armii Czerwonej, że został przydzielony do rozpoznania i jako oficer plutonu rozpoznawczego przeżył piekło wojny z Finlandią. Czasem powtarzał, że Fin jest najlepszym żołnierzem na świecie, wytrwałym, chytrym i potrafiącym zabijać. Pan Bolesław zaciągnął się do wojska tworzonego w ZSRR po wyjściu Armii Andersa i przeszedł cały szlak bojowy od Lenino, poprzez Wisłę, przyczółki warszawskie, aż do bitwy o Kołobrzeg, w czasie której został zrzucony na przeszpiegi w mundurze estońskiego SS-mana, znając tylko kilka słów po łotewsku i fińsku. Gdybym wiedział i miał świadomość, z kim rozmawiam, pewnie zadałbym o wiele więcej pytań. Na przykład o tę pierwszą kapitulację Warszawy, którą przeżył jako żołnierz i tę drugą, pięć lat później, kiedy — tak myślę — wsłuchiwał się w ciszę, jaka nastała drugiego października o piątej rano. Zapytałbym o sens tej i tamtej walki. Chociaż mam niejasne podejrzenie, że umiem sobie w przybliżeniu zrekonstruować jego odpowiedzi.

2 października 1944 był drugim dniem ewakuacji ludności cywilnej ze Śródmieścia. Znowu liczona ona jest w tysiącach, a nie dziesiątkach czy setkach tysięcy. Cywile oglądają się na swoją armię, nikt teraz się nie spieszy do opuszczenia miasta. Całą noc Niemcy ostrzeliwali obszar opanowany przez Powstańców, w wyniku ostrzału zginął m.in. Stefan Kwaśniewski ps. „Quas”181 w batalionie „Sokół” wystawionym przez Korpus Bezpieczeństwa — strzelec wyborowy, jeden z najlepszych w swoim oddziale, w cywilu dziennikarz „Wieczoru Warszawskiego”. To jeden z ostatnich żołnierzy, jacy zginęli w Powstaniu. Rano znowu cisza i znowu ruch ludności cywilnej przez barykady w stronę stanowisk niemieckich. Nadal śladowy — kilkanaście tysięcy. Wieczorem nie nastąpi już wznowienie ognia, Komenda Głowna AK podejmie kolejne rokowania, tym razem już o pełnej kapitulacji na bazie przygotowanego w ciągu dnia projektu umowy kapitulacyjnej. Do kwatery von dem Bacha udają się pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki ps. „Jarecki”182 i Zygmunt Dobrowolski ps. „Zyndram”183. Początkowo von dem Bach będzie nalegał na natychmiastowy „gest dobrej woli” w postaci rozbrojenia oddziałów i rozebrania barykad. Oficerowie odmawiają, najpierw żądając uznania podstawowych zasad, na jakich zostanie podjęta kapitulacja i ustalenia porządku, w jakim ludność cywilna oraz wojsko będzie opuszczać Warszawę. Von dem Bach znowu próbuje zagadywać, wspomina swoje polskie korzenie, wyraża żal, że Polska nie została sprzymierzeńcem Niemiec w wielkiej krucjacie na Wschodzie, czego do dzisiaj, po siedemdziesięciu czterech latach, żałuje młody polski historyk Piotr Zychowicz. Jaka szkoda, że Zychowicz urodził się 36 lat po upadku Powstania i nie mogli się spotkać z von dem Bachem. Przecież mieliby sobie tak wiele do powiedzenia.

Tymczasem polscy oficerowie pomijają te próby zagajenia zimnym milczeniem. Nawiązują do praw kombatanckich oraz gwarancji bezpieczeństwa tak dla żołnierzy, jak i członków władz cywilnych, także za działalność podejmowaną przeciwko Niemcom przed 1 sierpnia 1944 roku. Von dem Bach się zgadza. Krzywi się tylko na żądanie uznania także praw kombatanckich żołnierzy Polskiej Armii Ludowej184, Korpusu Bezpieczeństwa185 i Armii Ludowej186. Pyta, czy doprawdy polscy oficerowie chcą podejmować temat komunistów i bolszewików przy tej okazji, jednak Iranek-Osmecki i Dobrowolski informują, że bez tego rozmowy kapitulacyjne nie ruszą z miejsca i to jeden z podstawowych warunków. Von dem Bach ustępuje i w tej kwestii. Po 19, mimo że formalnie wynegocjowane 30 września porozumienie przestaje obowiązywać — Niemcy nie wznawiają ostrzału. Szczegółowe negocjacje trwają do drugiej w nocy 3 października. Według ustaleń wymarsz jednostek ze Śródmieścia odbędzie się 4 i 5 października, po tym terminie pozostaną jeszcze uzbrojone jednostki osłonowe, pilnujące polskich szpitali polowych, do 16 października będzie działać misja łącznikowa. Do końca października będą działać niektóre polskie szpitale. Można się zatem spierać o to, czy Powstanie trwało 61, 63 czy 66 dni. Można się spierać, co to znaczy „brak celowości dalszej walki”. Dźwięczy mi w uszach opowieść Pana Bolesława, przedwojennego komunisty, żołnierza 1939 roku, który szedł na bagnety w jednym szeregu z generałem Bołtuciem, jednym z sześciu generałów, którzy zginęli w 1939 śmiercią żołnierza i oficera, rzucając swoim podwładnym w krytycznym momencie rozkaz „za mną!”, a nie „naprzód!”. A to czyni wielką różnicę.

Ale to jeszcze nie na teraz. Są jeszcze dwa-trzy dni na to, żeby ochłonąć, posłuchać tej ciszy nad miastem ruin, której nie rozprasza sekcja smyczków ani dźwięk fortepianu, ani w ogóle żaden dźwięk. Jest szare, jesienne niebo, w powietrzu czuć chłód, który się już nie cofnie. To jest rewers Godziny „W”. Warto ją sobie przypomnieć, bo ta chwila ciszy jest z tamtą chwilą nierozłącznie związana. Pod gruzami leżą tysiące ludzi, wielu z nich nie ekshumowanych do dzisiaj, w kanałach są zwały ciał, tak wysokie, że tamują przepływ ścieków (na takie ludzkie tamy natrafiali ludzie próbujący wytyczać trasy z Mokotowa, Czerniakowa, Żoliborza), zalegają trupy na Woli, Starym Mieście. Na Żoliborzu i w wielu innych miejscach trwa już robinsonada tych, którzy postanowili zostać wbrew wszystkiemu w gruzach. Postanowili, albo nie mieli innego wyjścia, tak jak wielu Żydów, którzy przeżyli eksterminację getta, Powstanie Kwietniowe187 i Powstanie Warszawskie.

Gdzieś nieopodal linii powstańczych barykad odpoczywa specjalny pułk Oskara Dirlewangera złożony z więźniów kryminalnych, wsławiony bezprzykładnym okrucieństwem, ale też jedna z najbardziej zużytych jednostek niemieckich w tej bitwie. Był stale zasilany kolejnymi transportami z więzień kryminalnych z całych Niemiec. Po wyliczeniu tych uzupełnień, stanu wyjściowego pułku i stanu końcowego, historycy wyliczają straty ludzkie tej jednostki niemieckiej na od 2500 do 3771 zabitych, rannych i zaginionych przy stanie wyjściowym około 860 ludzi, co daje od ponad 300 do ponad 400% strat. Ludzie walczący w tym pułku — słowo „żołnierze” jednak nie przechodzi przez gardło — wiedzieli, że u Powstańców nie mają co liczyć na pardon. Pułkiem tym gardził sam von dem Bach, nazywając walczących w nim kryminalistów „bandą świń”. Ale chętnie używał tych świń na najtrudniejszych odcinkach. Bo ci, którzy nie mogli liczyć na pardon, także pardonu nie dawali. Pułk Dirlewangera niebawem ruszy na Słowację tłumić kolejne powstanie188, a później zostanie przekształcony w brygadę i wreszcie w dywizję, jednak w 1945 roku nie odegra już większej roli. Oskar Dirlewanger dostanie się do niewoli we francuskiej strefie okupacyjnej w Althausen, 1 czerwca 1945 roku, kiedy zostanie przyłapany na przebieraniu się w cywilne ubranie i rozpoznany przez jednego ze świadków. Akt zgonu Drirlewangera z 7 czerwca 1945 roku wskazuje na naturalne przyczyny śmierci. Nie jest do końca jasne, jak umarł jeden z katów Warszawy i dlaczego, ale niemieccy historycy wspominają o tym, że Francuzi oddali go pod straż polskich żołnierzy, którzy w nocy z 4 na 5 czerwca pobili go na śmierć. Nikt nie badał dokładnie tego przypadku. Był i nie ma.

Tymczasem Powstańcy są jeszcze u siebie, pod bronią, dowódcy przekazują podkomendnym decyzję o rokowaniach, o kapitulacji. Jak zawsze w takich wypadkach — reakcje są nieprzewidywalne. Pamiętam relację jednej z łączniczek Zgrupowania „Radosław”, która opowiadała o tym w jednym z wielu filmów dokumentalnych o Powstaniu. Nie umiem teraz tej opowieści połączyć z konkretną osobą, odnaleźć w morzu innych historii, wywiadów, opowiadań. Mówiła, że na wieść o kapitulacji wszyscy, którzy przeżyli, dosłownie garsteczka kilkunastu ludzi, chłopców i dziewcząt, zebrali się w zrujnowanym lokalu, który był kiedyś zapewne restauracją. Ktoś znalazł gramofon i kilka płyt, ktoś przyniósł wino, o które często było łatwiej niż o wodę. Z pamięci powtarzam za tamtą starszą panią, która mimo upływu lat miała jakiś dziwny błysk w oku:

— Grał patefon, pod nogami chrzęścił nam gruz i potłuczone szkło. A my całą noc piliśmy wino, tańczyliśmy tanga i walce i płakaliśmy. Wszyscy. Niemal bez słów.


Drugie widzenie Tymoteusza