Dziewczyny młode natomiast można niekiedy tam zastać. Mnóstwo jest bowiem dziewczyn w muzeach, dziewczyn, które kędyś odeszły z domów nie zatrzymujących nic. Znalazły się przed tymi gobelinami i zapamiętują się nieco. Zawsze czuły, że to istniało, takie ciche życie powolnych, nigdy do cna nie wyjaśnionych gestów — i przypominają sobie jak przez mgłę, iż nawet czas jakiś sądziły, że to ich życie będzie. Lecz potem z nagła wyciągają zeszyt i zaczynają rysować, wszystko jedno co, jeden z kwiatów albo małe ucieszne zwierzątko. O to wcale nie chodzi — podpowiedziano im — jaki się bierze przedmiot. I o to naprawdę nie chodzi. Tylko żeby rysować, to jest najważniejsze; po to bowiem odeszły dnia pewnego, dosyć gwałtownie. Z dobrej są rodziny. Ale gdy oto w czasie rysowania podnoszą ręce, okazuje się, że sukienka z tyłu jest nie zapięta albo niezupełnie dopięta. Jest tam kilka guziczków, do których sięgnąć nie można. Bo kiedy tę sukienkę robiono, nie było jeszcze mowy o tym, że nagle same odejdą. W rodzinie zawsze jest ktoś od takich guziczków. Ale tu, mój Boże, kto miałby się w to wdawać w tak wielkim mieście! Chyba gdyby się miało przyjaciółkę; lecz przyjaciółki są w tym samym położeniu — i wtedy jednak na tym się kończy, że się sobie nawzajem zapina suknie. To jest śmieszne i przypomina rodzinę, której się wspominać nie chce.

Nie można co prawda uniknąć zastanawiania się od czasu do czasu w trakcie rysunków, czy to jednak nie można było zostać. Gdyby się umiało być pobożną, serdecznie pobożną w równym tempie z innymi. Ale to tak głupio wyglądało próbować wspólnie. Droga stała się jakoś węższa; rodziny już nie umieją iść do Boga. Pozostały więc już tylko różne inne rzeczy, które można było dzielić od biedy. Ale wówczas, jeśli się dzieliło uczciwie, tak mało przypadało każdemu, że aż wstyd. A gdy się oszukiwało przy dzieleniu, powstawały sprzeczki. Nie, naprawdę lepiej rysować, wszystko jedno co. Z czasem podobieństwo zjawi się samo. A sztuka, skoro się ją tak stopniowo posiędzie, to jednak coś mocno do pozazdroszczenia.

I przy tym usilnym zajmowaniu się rzeczami, które przedsięwzięły te dziewczyny, nie mają już czasu podnosić oczu. Nie spostrzegają, jak przy całym tym rysowaniu jednak nic nie robią poza zgnębianiem w sobie życia niezmiennego, co w tych tkanych obrazach promieniście rozwarte jest przed nimi, w całej swej niewypowiedzianej bezgraniczności. One w to wierzyć nie chcą. Teraz, kiedy tak wiele rzeczy zmienia się, one chcą się przemienić. Już prawie gotowe są stracić zaufanie do siebie i tak o sobie myśleć, jak na przykład mogliby o nich, kiedy są nieobecne, mówić mężczyźni. To wydaje im się postępem własnym. Już niemal są przekonane, że się szuka przeżycia za przeżyciem, coraz to mocniejszego: że na tym polega życie, jeśli się go nie chce utracić w niedorzeczny sposób. Zaczynały się już rozglądać, szukać, one, których siła zawsze na tym polegała, że miano je znajdywać.

To dlatego, jak sądzę, że są zmęczone. Przez wieki dokonywały one całej miłości, zawsze grały pełny dialog, obie części. Mężczyzna bowiem powtarzał tylko i to źle. I nauczanie się utrudniał im swoim roztargnieniem, swoją niedbałością, zazdrością swoją, która także była rodzajem niedbałości. A one jednak wytrwały dniem i nocą i porastały w miłość i w nędzę. Z nich wszakże, pod nieskończonych nędz naciskiem, wyszły potężne Miłujące, co przetrwały mężczyznę, podczas gdy go wołały; które ponad niego wyrastały, skoro nie powracał, jak Gaspara Stampa albo owa Portugalka, które nie ustawały, aż męka ich przemieniła się w drętwą, lodowatą, już nie pohamowaną wspaniałość.

Wiemy o tej i innej, ponieważ są listy cudem jakby ocalałe albo książki z oskarżającymi lub skarżącymi się wierszami, albo portrety, co na nas patrzą w galerii poprzez płacz jakowyś, który udał się malarzowi, bo malarz nie wiedział, co to było. Ale było ich bezmiernie więcej. Takich, które listy swoje spaliły, i innych, co już sił nie miały, aby listy pisać. Staruszki zahartowane z jądrem cudowności w głębi duszy, które ukrywały. Bezkształtne, przytyłe kobiety, co zgrubiały z wyczerpania i upodobniły się swoim mężom, a jednak wewnątrz zupełnie inne były, tam, gdzie ich miłość pracowała, w ciemni. Rodzące, co nie chciały rodzić, a kiedy nareszcie skonały w ósmym połogu, to miały gest i lekkość dziewcząt, co się na miłość cieszą. I te, które pozostały przy opojach i furiatach, jako że sposób znalazły, by w sobie tak być od nich daleko jak nigdzie indziej; a kiedy wychodziły do ludzi, to już stłumić tego nie mogły i połyskiwały, niby od ustawicznego pośród świętych przebywania.

Któż może powiedzieć, ile ich było i jakie. Wydaje się, jak gdyby one zawczasu zniszczyły te słowa, w których można by je ująć.

Ale teraz, kiedy zmienia się tak wiele, nie naszą li rzeczą, abyśmy się przemienili? Czy nie mogliśmy spróbować rozwijać się coś niecoś i cząstkę naszą tej pracy w Miłości powoli, stopniowo wziąć na siebie? Oszczędzano nam wszystkich jej trudów i tak się nam ona ześliznęła do rozrywek, jak do dziecięcej szuflady z zabawkami wpada czasem kawałek prawdziwej koronki i bawi, i już nie bawi, i wreszcie leży pośród rzeczy złamanych i rozkręconych, gorszy od wszystkiego.

Zepsuci jesteśmy łatwym używaniem, jak wszelacy dyletanci, i stoimy w odorze maestrii.

A gdyby nam tak pogardzić sukcesami, gdyby tak zacząć, od początku zupełnie, uczyć się pracy Miłości, która zawsze za nas była czyniona? Gdyby tak pójść nam i stać się nowicjuszami — teraz — kiedy się wiele przemienia?

Teraz już też wiem, jak to było, kiedy maman rozwijała małe pasma koronek. Jedną jedyną bowiem z szuflad w sekretarzyku Ingeborgi zajęła dla siebie.