— Ale tu przecież co dopiero był dom — rzekła maman i jakoś nie mogła od razu przywyknąć do Wiery Szulinówny, która wybiegła ciepła i roześmiana. Teraz naturalnie trzeba było prędko wchodzić do środka, a o tym dworze już nie było mowy. W ciasnym przedpokoju zdjęto wszystkim okrycia i potem zaraz było się w samym środku między lampami i naprzeciw ciepła.

Ci Szulinowie był to potężny ród samodzielnych kobiet. Nie wiem, czy istnieli synowie. Pamiętam tylko trzy siostry. Najstarszą, zamężną za pewnym marchese82 w Neapolu, z którym się teraz powolnie, wśród licznych procesów, rozwodziła. Druga była Zoë, o której mówiono, że nie było rzeczy, której by nie wiedziała. A przede wszystkim była Wiera, ta ciepła Wiera; Bóg raczy wiedzieć, co się z nią stało. Hrabina, z domu Nariszkinówna, właściwie była czwartą siostrą i to pod pewnym względem najmłodszą. Nie wiedziała o niczym i dzieci musiały ją uczyć bezustannie. A dobry hrabia Szulin czuł się jakby ożeniony z wszystkimi tymi kobietami i obchodził je, i całował na oślep.

Na razie śmiał się głośno i witał nas gruntownie. Mnie podawano sobie między kobietami i obmacywano, i pytano. Ale ja postanowiłem na pewno, jak to wszystko minie, wymknąć się w jakikolwiek sposób i rozejrzeć się za tym dworem. Byłem przekonany, że on dzisiaj stoi. Wydostanie się nie było tak trudne; między tą ciżbą sukien można się było przemknąć jak pies, a drzwi do przedpokoju były jeszcze przymknięte. Ale te drugie, od dworu, nie chciały ustąpić. Był tam szereg przyrządów, zasuw i łańcuchów, z którymi w pośpiechu nie dałem sobie rady. Wreszcie drzwi jednak się otwarły, lecz z głośnym hałasem — i zanim znalazłem się na dworze, przyłapano mnie i pociągnięto wstecz.

— Hola! Tu czmychać nie wolno! — rzekła Wiera Szulinówna rozweselona.

Nachyliła się ku mnie, a ja byłem zdecydowany nic nie zdradzać tej ciepłej osobie. Lecz ona, kiedy nie rzekłem nic, przypuściła z punktu, że zwykła potrzeba naturalna popchnęła mnie do drzwi; pochwyciła mnie za rękę i już zaczęła iść, i chciała mnie trochę poufale, a na poły wyniośle, zaprowadzić gdzieś. Miłe to nieporozumienie drasnęło mnie do żywego. Wyrwawszy się spojrzałem na nią zły.

— Dwór chcę zobaczyć — rzekłem dumnie.

Nie zrozumiała.

— Ten duży dwór, tam przy schodach.

— Głuptasku! — rzuciła machnąwszy ręką — tam przecież nie ma już żadnego dworu...

Upierałem się.