Mówiąc to zaprowadziła Harry’ego do kuchni, tu kazała mu usiąść, a sama stanęła przed nim w czułej pozie, trzymając mu rękę na ramieniu. Hałas przy drzwiach nie zmniejszał się, a każde uderzenie w deski bolesnym echem odbijało się w sercu nieszczęsnego sekretarza.

— Jak się pan nazywa? — zagadnęła dziewczyna.

— Harry Hartley — odpowiedział.

— A ja: Prudencja. Czy podoba się panu to imię?

— Bardzo — rzekł Harry — ale proszę posłuchać, jak generał bombarduje w drzwi. Na pewno je wyłamie, a wtedy — na litość boską — cóż mnie może czekać? Śmierć tylko!

— Niech sobie generał stuka — odparła Prudencja — poobija sobie tylko ręce. Czyż pan myśli, że zatrzymałabym pana tu, gdybym nie była pewna, że mogę go ocalić? Och, nie, jestem niezawodnym przyjacielem tych, co mi się podobają, a mamy też drzwi kuchenne wychodzące na inną ulicę. Ale — zatrzymała go, bo na tę wieść natychmiast skoczył na nogi — ale nie pokażę panu wyjścia, aż mnie pan pocałuje. Chcesz, Harry?

— Ależ chcę — zawołał, przypominając sobie zasady galanterii — ale nie za drzwi kuchenne, tylko za to, że jest pani ładna i dobra.

Tu wycisnął na jej twarzy kilka serdecznych pocałunków, które mu zwróciła równie serdecznie.

Potem Prudencja poprowadziła go do tylnych drzwi i położyła rękę na kluczu.

— Czy pan przyjdzie mnie odwiedzić? — zapytała.