Przemówiła z wysiłkiem:

— Nie wiem, kim pan jest.

— Ależ tak! Pani wie, panno Vandeleur — odparł Francis — wie pani lepiej ode mnie. To właśnie chcę przede wszystkim wyjaśnić. Proszę mi powiedzieć, co pani wie — prosił — proszę mi powiedzieć, kim jestem ja, kim jest pani i w jaki sposób związane są nasze losy. Proszę pomóc mi choć trochę w życiu, panno Vandeleur: tylko słowo, tylko parę słów, aby mną pokierować, tylko imię mego ojca, jeżeli pani raczy, a będę wdzięczny i zadowolony.

— Nie będę się starała zwodzić pana — odparła — wiem, kim pan jest, ale nie wolno mi tego powiedzieć.

— Proszę mi więc powiedzieć przynajmniej, że wybacza mi pani moje natarczywe domysły, a będę czekał z całą cierpliwością. — Jeżeli nie mogę wiedzieć, obejdę się bez tego. Jest to okrutne, ale trudno. Proszę tylko mych zmartwień nie powiększać myślą, że uczyniłem sobie wroga z pani.

— Postępowanie pana było całkiem zrozumiałe — odparła — i nie mam panu nic do wybaczenia. Żegnam pana.

— Czy to ma być pożegnanie na zawsze? — zapytał.

— Gdybym mogła sama to wiedzieć — odparła — żegnam pana tymczasem, jeżeli pan woli.

I z tymi słowami oddaliła się.

Francis wrócił do swego mieszkania silnie wzburzony. Tłumaczenie Euklidesa bardzo mało posunęło się naprzód tego rana i Francis częściej przebywał u okna niż u swego zaimprowizowanego biurka. Ale zobaczył tylko powrót panny Vandeleur, spotkanie jej z ojcem, który palił na werandzie cygaro, poza tym przed obiadem nie zaszło nic godnego uwagi w okolicy domu z zielonymi żaluzjami. Młodzieniec szybko zaspokoił głód w sąsiedniej restauracji i wrócił z niezaspokojoną ciekawością do domu na rue Lepic. Groom oprowadzał konia tam i z powrotem przed murem ogrodu. Portier z mieszkania Francisa palił fajkę przed drzwiami i przyglądał się koniom i liberii.