Gałąź po gałęzi wyślizgiwała mu się z garści albo łamała pod jego ciężarem. Wtem poczuł mocną gałąź pod pachą i zawisł na niej przez chwilę w powietrzu. Potem puścił gałąź i spadł ciężko na stół. Okrzyk trwogi z głębi domu ostrzegł go, że wtargnięcie jego zauważono. Zataczając się, stanął na nogach, kilku skokami przesadził przestrzeń dzielącą go od werandy i stanął przed drzwiami.
W małym pokoju, wyłożonym matami i zastawionym wzdłuż ścian oszklonymi szafami, pełnymi rzadkich i kosztownych okazów muzealnych, pan Vandeleur stał pochylony nad ciałem pana Rollesa. Podniósł się, gdy Francis wszedł, i ręce ojca i córki na chwilę jedną zetknęły się ze sobą. Była to jedna znikoma chwila, jedno mrugnięcie oka, a starczyło jej na ten drobny ruch. Młodzieniec nie miał czasu dokładnie sobie tego uświadomić, upewnić się co do swych wrażeń, ale wydało mu się, że dyktator wziął coś z piersi pastora, spojrzał na to przelotnie, trzymając w swej dłoni, i nagle szybko oddał córce.
Wszystko to już się dokonało, gdy Francis jedną nogą przestępował dopiero przez próg, a drugą trzymał w powietrzu. W chwilę później klęczał już przed panem Vandeleur.
— Ojcze — zawołał — pozwól sobie dopomóc. Uczynię, co każesz, nie pytając o nic. Proszę mnie traktować jak syna, a znajdziesz we mnie synowskie poświęcenie.
Pierwszą odpowiedzią dyktatora był straszny wybuch klątw.
— Ojciec i syn? — krzyczał. — Syn i ojciec? Co to za diabelska komediancka scena? Jak pan wszedł do mego ogrodu? Czego pan chce? I kim pan jest, do licha!
Francis, zgnębiony i zawstydzony, podniósł się z klęczek i stał w milczeniu.
Nagły błysk oświecił pamięć pana Vandeleur i wtedy zaśmiał się głośno.
— Widzę — zawołał. — To Scrymgeour. Bardzo dobrze, panie Scrymgeour. W paru słowach skreślę stanowisko pana. Pan wchodzi do mej prywatnej rezydencji gwałtem lub może podstępem, ale zaiste bez najmniejszej zachęty z mej strony. I w chwili gdy mam kłopot z gościem, który zemdlał przy stole, rzuca się pan na mnie z wyznaniem uczuć synowskich. Pan nie jest moim synem. Jest pan nieprawym synem mego brata i pewnej rybaczki, jeżeli chce pan wiedzieć. Patrzę na pana z obojętnością graniczącą z odrazą. A patrząc na postępowanie pana w tej chwili, sądzę, że strona duchowa pana odpowiada jego powierzchowności. Przykre to zdanie polecam panu do rozpamiętywania w wolnych chwilach. Tymczasem proszę pana uwolnić nas od swej obecności. Gdybym nie był zajęty — dodał dyktator klnąc przeraźliwie — sprawiłbym panu tęgie lanie na odchodnym.
Francis słuchał, głęboko upokorzony. Uciekłby, gdyby to było możliwe ale ponieważ nie widział sposobu, w jaki mógłby opuścić rezydencję, wtargnąwszy do niej tak nieszczęśliwie, stał na miejscu jak głupi.