Zewnętrzny wygląd Pawła jak najdobitniej potwierdzał te słowa. Postawa jego, zwykle poprawna, wiele pozostawiała teraz do życzenia. Siedział na fotelu, trzymał szklankę wina na kolanie, nie wypił ani kropli, oczy miał utkwione w dywan.

— Nie mogę się więcej opanować... — powtórzył.

— Pawle! — rzekł Utterson. — Widzę, że zaszło coś poważnego. Niech pan spróbuje mi powiedzieć, o co idzie12.

— Sądzę, że zaszło coś okropnego — rzekł Paweł ochrypłym głosem.

— Coś okropnego? — zawołał adwokat, przerażony i zmieszany. — Co to ma znaczyć?

— Nie mam odwagi powiedzieć, ale czy nie chciałby pan pójść ze mną i osobiście się przekonać?

Utterson powstał i wziął płaszcz i kapelusz. Zauważył, że na twarzy służącego odmalowała się wielka ulga.

Była to burzliwa noc zimowa. Wiatr uniemożliwiał rozmowę. Ulice były zupełnie puste. Utterson chętnie byłby w tej chwili widział dokoła siebie ludzi; samotność i pustka na ulicach wywoływała w nim nieprzyjemne uczucie.

Gdy przybyli na plac przed domem, Paweł się zatrzymał i mimo silnego mrozu zdjął czapkę i otarł czerwoną chusteczką czoło. Lecz mimo szybkiego marszu nie był to pot wywołany zmęczeniem; czoło jego było wilgotne ze strachu; twarz miał bladą, a kiedy mówił, głos jego był chropawy:

— Oto jesteśmy — rzekł — oby Bóg dał, by nic nie zaszło.