Obaj przyjaciele spacerowali czas jakiś w milczeniu, po czym Utterson odezwał się:
— Jedno chciałbym wiedzieć: nazwisko człowieka, który przewrócił dziecko.
— Dobrze — rzekł Enfield — dlaczegóżby nie? Był to człowiek nazwiskiem Hyde.
— Hm... — rzekł Utterson — jak on wygląda?
— Niełatwo go opisać. W jego postaci tkwi coś niechlujnego, nieprzyjemnego. Nigdy nie spotkałem człowieka, który by mi był tak niesympatyczny, a nie zdaję sobie przy tym sprawy, dlaczego... Prawdopodobnie ciało jego jest pokraczne; widać wyraźnie, że nie jest to człowiek normalnie zbudowany, ale na czym ta anomalia polega, nie mogłem sobie uświadomić. Wygląda jakoś „inaczej”, a przecież nie mógłbym wymienić nic niezwykłego. Nie, nie mogę go opisać. A jednak, proszę mi wierzyć, widzę go w tej chwili dokładnie...
Utterson szedł w milczeniu; widocznie był pogrążony w głębokich rozmyślaniach.
— Ale pan na pewno wie, że miał klucz? — dowiadywał się wreszcie.
— Ależ, proszę pana... — przerwał Enfield wielce zdziwiony.
— Tak — rzekł Utterson — wiem, że to się panu wydaje dziwne. O nazwisko tej drugiej osoby tylko dlatego nie pytam, ponieważ je już znam. Widzi pan, mój Ryszardzie, pańska historia dostała się pod właściwy adres. Proszę pana: jeśli pan jakiegoś szczegółu nie podał całkiem ściśle, niech pan, proszę, od razu sprostuje.
— Ależ — odparł Enfield z pewną cierpkością — byłem zupełnie ścisły, by użyć pańskiego wyrażenia. Drab miał klucz; ma go wciąż jeszcze. Niedawno temu, nie ma jeszcze tygodnia, a widziałem, że otwierał...