Po przeczytaniu tego listu byłem przekonany, że mój kolega zwariował. Póki jednak nie miałem oczywistego dowodu, poczuwałem się do obowiązku wypełnienia jego życzenia. Nie rozumiejąc wcale jego pisaniny, nie mogłem również ocenić znaczenia tych słów. Tak wymownego wezwania o pomoc nie mogłem po prostu pominąć, nie chcąc się obciążyć wielką i ciężką odpowiedzialnością. Toteż natychmiast zebrałem się, wziąłem dorożkę i pojechałem do domu Jekylla. Służący oczekiwał już mego przybycia; otrzymał on tą samą pocztą również list polecony, zawierający szereg instrukcji i wezwał ślusarza i cieślę. Gdyśmy ze sobą rozmawiali, nadeszli obaj rzemieślnicy i udaliśmy się przez salę wykładową do prywatnego gabinetu Jekylla. Drzwi były bardzo mocne, zamek doskonały. Cieśla zwrócił naszą uwagę, iż dostanie się do wnętrza gwałtem będzie bardzo trudne i narobi wiele szkód. — Ślusarz był jednak bardzo zręczny w swoim fachu i po dwugodzinnej pracy udało mu się otworzyć drzwi. Szafa ze znakiem E była otwarta. Wyjąłem szufladę, kazałem ją wypełnić słomą, owinąć w papier i wróciłem z nią do swego mieszkania.
Tam przystąpiłem natychmiast do zbadania zawartości szuflady. Proszki były spreparowane wcale15 pracowicie; praca ta jednak nie wykazywała dokładności zawodowego chemika; poznać było od razu, że Jekyll sporządził je sam; gdy otworzyłem jedno z opakowań, znalazłem — o ile się nie mylę — jakąś skrystalizowaną sól o białej barwie. Rurka szklana, ku której następnie skierowałem swoją uwagę, była do połowy wypełniona jakimś czerwonym płynem działającym niezwykle silnie na zmysł powonienia; miałem wrażenie, że jest wypełniona fosforem i eterem; co do innych składników, nie mogłem sobie w danym momencie zdać należycie sprawy. Prócz tego znajdował się w szufladzie zwyczajny notes, zawierający właściwie tylko szereg dat. Obejmowały one czas wielu lat; zwróciło moją uwagę, że przed rokiem zapiski ustały. Gdzieniegdzie obok daty znajdowała się krótka uwaga, przeważnie tylko jedno słowo. Uwaga „podwójnie” widniała może sześć razy wśród setek zapisków, a raz znalazłem słowa: „zupełnie nieudane!!!”. Wszystko to podnieciło moją ciekawość, nie dawało jednak żadnego wytłumaczenia. Przede mną leżała rurka z jakąś tynkturą, zawiniątko z proszkami i zapiski odnoszące się widocznie do eksperymentów, które — jak niemal wszystkie naukowe badania doktora Jekylla — nie doprowadziły do żadnych praktycznych rezultatów. Cóż mogło mieć wspólnego przyniesienie tych rzeczy do mego mieszkania z życiem i honorem mego zdziwaczałego kolegi? Po cóż ma posłaniec jego o północy przychodzić po odbiór tych drobiazgów? Dlaczego mam go przyjąć sam, gdy służba moja będzie spała?
Im bardziej nad tym wszystkim zastanawiałem się, tym bardziej dochodziłem do przekonania, że mam do czynienia z wypadkiem choroby umysłowej; poleciłem wprawdzie mym służącym, by udali się na spoczynek, jednak naładowałem rewolwer, by na wszelki wypadek nie być pozbawionym broni.
Właśnie wybiła godzina dwunasta na wieżach Londynu, gdy ktoś ostrożnie zapukał do drzwi wchodowych. Poszedłem osobiście i, otworzywszy drzwi, zastałem jakiegoś niskiego człowieczka opartego o odrzwia.
— Czy pan przychodzi od doktora Jekylla? — zapytałem.
Skinął potakująco głową, a gdy go poprosiłem, by wszedł, zauważyłem, że wzrok jego skierowany jest na ciemny plac przed domem, jakby tam czego szukał. Na placu stał policjant, który właśnie wyłonił się z jednej z bocznych uliczek. Na jego widok zadrżał ów człowieczek i szybko wsunął się do mego domu.
Przyznać muszę, że to jego zachowanie się wywołało we mnie przykre uczucie; toteż, idąc za nim do jasno oświetlonego mego gabinetu, trzymałem w ręce rewolwer.
Nareszcie miałem sposobność przypatrzyć się mu bliżej. Że go nigdy przedtem nie widziałem — to było pewne. Był, jak już zaznaczyłem, niskiego wzrostu; uderzył mnie odrażający wyraz jego twarzy, dziwne połączenie niezwykłego przedenerwowania z wielkim, widocznym wyczerpaniem fizycznym; obecność jego wywoływała we mnie jakiś dziwny niepokój. Podobny był ten niepokój do rozpoczynających się dreszczy; towarzyszyło mu osobliwe jakieś osłabienie tętna. Wówczas tłumaczyłem sobie to idiosynkrazją16 i dziwiłem się tylko sile tych symptomatów; jednak potem miałem wszelki powód do twierdzenia, że przyczyna tych symptomatów tkwi głębiej w naturze ludzkiej.
Osoba ta, która od chwili pojawienia się wywołała we mnie uczucie, które nazwać mógłbym odrazą skojarzoną z zaciekawieniem — osoba ta była ubrana w taki sposób, który każdego przeciętnego człowieka naraziłby na śmieszność. Nosiła bowiem ubranie wprawdzie wytworne i drogie, ale nazbyt wielkie i uszyte na miarę o wiele wyższego i tęższego mężczyzny. Spodnie opadały z nóg i były podciągnięte, by nie suwały się swymi końcami po ziemi, stan surduta opadał poniżej bioder, kołnierz opadał szeroko na barki. Brzmi to dziwnie, ale ten komiczny strój nie pobudzał mnie wcale do śmiechu. Coś nienormalnego, niedorzecznego w istocie tej postaci działało na mnie intensywnie i budziło zainteresowanie i ciekawość, tyczącą się życia, losów, pozycji na świecie tej pokracznej, a tak pociągającej, wstrętnej, a tak potężne wrażenie budzącej osobowości.
Spostrzeżenia te, które, tu spisane, zajmują wiele miejsca, były wówczas jednak dziełem kilku tylko sekund.