Owo „plucie i łapanie” było istotnie treścią niemal całego dnia, który wypadło nam tu spędzić. Należy pamiętać, że leżeliśmy na nagim wierzchołku skały jak sucharki na blasze kuchennej; słońce prażyło nas nielitościwie, a skała tak się rozgrzała, że ledwo można było się jej dotknąć, a mały skrawek ziemi i paprotek, gdzie było nieco chłodniej, wystarczył zaledwie na legowisko dla jednego z nas. Zmienialiśmy się kolejno w leżeniu na nagiej skale, co doprawdy przypominało los jednego ze świętych, którego pieczono na rozpalonej kracie, toteż rozmyślałem o tym, jaka to rzecz dziwna, że w tym samym klimacie i w odstępie nieledwie paru dni dwukrotnie cierpiałem tak srogie katusze: najpierw z zimna na mej wyspie, a teraz z gorąca na tej skale.
Przez cały ten czas byliśmy pozbawieni wody, a do picia mieliśmy tylko prostą gorzałkę, która tylko gorzej podniecała pragnienie; atoli trzymaliśmy butelkę w możliwie największym chłodzie, zakopując ją do ziemi i doznawaliśmy pewnej ulgi, zwilżając sobie piersi i skronie.
Żołnierze uwijali się przez dzień cały po dnie doliny, to zmieniając straże, to wysyłając oddziałki i podjazdy na zwiady pomiędzy skałami. Tych było tak wiele wokoło, że szukanie ludzi pomiędzy nimi było podobne do szukania igły w stogu siana; ponieważ zaś robota była tak beznadziejna, więc wykonywano ją z coraz to mniejszą dbałością. W każdym razie widzieliśmy, jak żołnierze dźgali bagnetami w kępy wrzosu, co obudzało zimny dreszcz w mych wnętrznościach; czasami zaś uczepiali się dokoła naszej skały, tak iż zaledwie śmieliśmy oddychać.
W ten to sposób po raz pierwszy posłyszałem angielską mowę; jakiś szeregowiec, przechodząc w pobliżu położył rękę na słonecznej powierzchni naszej skały i zaraz rękę tę cofnął, rzucając przy tym przekleństwo.
— A to ci gorąco! — ozwał się, a ja aż się zdumiałem chrapliwością i bełkotliwością jego gwary, połykającej całe głoski. Wprawdziem słyszał był Ransome’a; atoli ów chłopak zarwał obyczajów od najrozmaitszych ludzi i w ogóle mówił tak nieudolnie, żem składał to w znacznej mierze na karb jego dzieciństwa. Toteż tym większe było me zdumienie, gdym posłyszał tego rodzaju mowę z ust dorosłego człowieka.
W miarę, jak dzień się posuwał, wzmagała się jeno dolegliwość i okropność naszego pobytu na skale; głaźna opoka stawała się coraz to gorętsza, a słońce coraz to bardziej skwarne. Można się było spodziewać zawrotów głowy, osłabienia i silnych bólów w rodzaju reumatyzmu. Przypominałem sobie wtedy — a i często potem — wiersze naszego szkockiego psalmu.
Ani cię księżyc w nocy nie porazi,
Ni słońce we dnie...
I doprawdy, było to jedynie łaską Bożą, że żaden z nas nie został porażony udarem słonecznym.
Na koniec koło drugiej popołudniu, gdy utrapienie nasze przechodziło już miarę sił ludzkich, nadarzyła się pokusa, by pofolgować cierpieniom. Albowiem słońce przeszło już było teraz nieco ku zachodowi, wskutek czego na wschodniej ścianie turniczki, która z tej strony była zasłonięta przed oczyma żołnierzy, utworzyła się smuga cienia.