— Czy możesz pożyczyć mi mego guzika? — zapytał. — Wydać się to może rzeczą dziwną, iż żądam zwrotu darowizny, ale w przeciwnym razie byłbym zmuszony odciąć drugi.
Dałem mu guzik, on zaś nawlekł go na strzęp swego płaszcza, użyty przezeń do wiązania ramion krzyżyka i wpiąwszy weń małą gałązkę brzozową i takąż świerkową, spoglądał z zadowoleniem na swe dzieło.
— Otóż — odezwał się — niedaleko od Corrynakeigh jest mała osada, a nosi nazwę Koalisnacoan. Mieszka tam wielu moich przyjaciół, którym mogę powierzyć życie, i kilku, których nie jestem nazbyt pewny. Widzisz, Dawidzie, oto na nasze głowy będzie nałożona cena; sam Jakub będzie musiał ją nałożyć; co się zaś tyczy Campbellów, ci nigdy nie będą szczędzili pieniędzy, gdy chodzi o dokuczenie Stuartowi. Gdyby było inaczej, poszedłbym czy tak, czy owak do Koalisnacoan i z tak lekkim sercem powierzyłbym swe życie w ręce tych ludzi, jak komu innemu powierzałbym rękawiczkę.
— Ale co poczniesz wobec teraźniejszych warunków? — zapytałem.
-– Wobec teraźniejszych warunków — odparł Alan — będę się starał, aby mnie nie widziano. Wszędy trafiają się ludzie źli, a co gorsza słabi. Przeto gdy zapadnie zmrok, zakradnę się do tej osady i to com sporządził, złożę na oknie mego serdecznego przyjaciela, Jana Brecka Maccolla, dzierżawcy włości appińskich.
— I owszem — rzekę na to — ale co on sobie pomyśli, gdy ową rzecz znajdzie?
— No — odrzekł Alan — życzę sobie, by okazał się on człowiekiem bardziej domyślnym, gdyż dalibóg boję się, czy mu nie zbywa na tej zalecie! Ale oto co sobie myślę: ten krzyż przypomina nieco wić, która jest hasłem zbiórki w naszych klanach; jednakże Jan wiedzieć będzie doskonale, że klan nasz się nie rusza, gdyż na wici, którą znajdzie w swym oknie, nie będzie żadnych słów. Więc też powie sam do siebie: Klan się nie rusza, ale coś tu się święci. Wówczas zobaczy mój guzik, który niegdyś należał do Dunkana Stuarta; powie na to: Syn Dunkana kryje się we wrzosach, a ja jestem mu potrzebny.
— No, bardzo to być może — powiedziałem na to. — Ale nawet przypuściwszy, że tak będzie, zawszeć to stąd do morskiej cieśniny ciągnie się spory szmat wrzosowisk.
— Święta prawda to, co mówisz — rzecze Alan — Atoli potem Jan Breck zobaczy gałązkę brzozy i gałązkę choiny i o ile w ogóle jest człowiekiem domyślnym (w co mocno wątpię), powie sobie: Alan przebywa w lesie, gdzie rosną razem brzozy i sosny. A potem sobie pomyśli: Takich lasów nie jest nazbyt wiele w naszych okolicach — potem zaś przyjdzie nas odwiedzić w Corrynakiegh. A jeżeli tego nie uczyni, Dawidzie, to życzę mu, żeby go diabli wzięli, bo nie wart, by mu kaszę posolić.
— E, człowiecze — rzekłem, drocząc się z nim trochę — jesteś bardzo przemyślny! Ale czyż nie byłoby prościej napisać doń parę słów czarno na białym?