— Teraz ona już pewnie przeszła na drugą stronę — szepnąłem.
— Nie — odrzekł Alan — jej kroki jeszcze dudnią na moście.
W tejże chwili...
— Stój! kto idzie? — krzyknął jakiś głos i posłyszeliśmy, jak kolba muszkietu zachrzęściła po kamieniach. Przypuszczam, że wartownik spał, tak iż gdybyśmy o to się pokusili, może by się nam udało przejść niepostrzeżenie; atoli teraz on czuwał, więc ta droga była dla nas zamknięta.
— Nic tu się nie uda! — rzecze Alan. — Nic tu, nic nie dokażemy.
I nie mówiąc już ani słowa, zaczął uchodzić, czołgając się przez pola; w jakiś czas później, gdy już przebył odległość, na jaką sięga wzrok ludzki, powstał znów na nogi i ruszył drogą, wiodącą ku wschodowi. Nie mogłem pojąć, co on czyni, bo też zaiste byłem tak stropiony niepowodzeniem, iż chyba nic w świecie nie mogło mi się podobać ani mi dogodzić. Jeszcze przed chwilą widziałem w duchu sam siebie, jak pukam do drzwi pana Rankeillora, by upomnieć się o swe dziedzictwo, niby bohater jakiejś ballady... a oto teraz, jako włóczykij i prawem ścigany szubrawiec, musiałem pozostać na przeciwnym brzegu rzeki Forth.
— No i cóż? — zagadnąłem.
— No i cóż ci trzeba? — odpowiedział Alan. — Nie tacy z nich durnie, za jakicheśmy ich brali300. Musimy jeszcze, Dawidzie, przebyć Forth... bodaj sczezły deszcze, które syciły tę rzekę, i zbocza górskie, które ją wywiodły!
— Ale czemuż mamy iść na wschód? — zapytałem.
— O, tak sobie, na los szczęścia! — odparł Alan. — Jeżeli nie zdołamy przebyć rzeki, powinniśmy spróbować, czy nam się lepiej nie powiedzie na odnodze morskiej.