— No, no! — rzekł Alan, strzelając okiem filuternie. — Ja bym się spodziewał, iż może nam to pomóc do dostania łodzi.
— Gdyby był na to inny sposób, uważałbym to za bardziej prawdopodobne.
— Tyle ty tylko wiesz — rzecze Alan. — Nie pragnę, aby ta dziewczyna rozkochała się w tobie, ale pragnę, by użaliła się nad tobą, Dawidzie, do tego zaś bynajmniej nie potrzeba, by miała cię uważać za piękność. Niech no ci się przypatrzę — (tu obejrzał mnie z zaciekawieniem). — Wolałbym, żebyś był trochę bledszy, poza tym jednak nadajesz się doskonale do mych celów... masz wygląd pyszny, wisielczy, obszarpańczy, obdrapany, a kubrak twój posądzić można, żeś go ukradł strachowi na wróble. No dalej... w tył zwrot i marsz z powrotem do traktierni po łódkę dla nas.
Poszedłem za nim, śmiejąc się.
— Dawidzie Balfour — rzekł on — jesteś na swój sposób wielce dowcipnym młodzianem, więc będzie to dla ciebie niewątpliwie doskonała krotochwila302. Mimo to wszystko, o ile choć trochę masz litości nad moją szyją (nie mówiąc już o twojej własnej), będziesz może łaskaw z całym poczuciem odpowiedzialności wziąć się do rzeczy. Chcę odegrać małą komedię, której istotna treść jest tak poważna, jak szubienica, co czeka nas obu. Miej to więc, proszę cię, w pamięci i chciej zachować się stosownie.
— Dobrze, dobrze — odpowiedziałem — stanie się wedle twej woli.
Gdyśmy zbliżyli się do osady, Alan kazał mi, bym uchwycił się jego ramienia i zwisł na nim bezwładnie, jak człek prawie wyczerpany od zmęczenia, tak iż skoro on kopnięciem nogi otworzył drzwi traktierni, zdawało się, jakoby mnie tam na poły ciągnął za sobą. Dziewczyna wydawała się (a pewno i była) zaskoczona naszym rychłym powrotem, atoli Alan nie tracił czasu na wyjaśnienia, tylko usadowił mnie na krześle, poprosił o szklankę wódki, którą wlewał mi w gardło po kropelce, po czym łamiąc po kawałku chleb i ser, dopomagał mi w jedzeniu jak niańka, a wszystko to czynił z miną poważną, stroskaną i serdeczną, jaka przystałaby sędziemu trybunału. Nie dziwota, że dziewczyna wzruszyła się obrazem, jaki tworzyliśmy obaj: ja jako chłopak nieszczęśliwy, chory, wynędzniały, on zaś jako mój tkliwy towarzysz. Podeszła bliziuteńko i stanąwszy, oparła się plecami o stół sąsiedni.
— Cóż to mu się złego przydarzyło? — ozwała się na koniec.
Alan odwrócił się i, ku memu wielkiemu zdziwieniu, zawrzał wściekłością.
— Złego? — jął krzyczeć. — On przeszedł więcej setek mil, aniżeli ma włosów na brodzie, a częściej sypiał na mokrych wrzosach niż w suchych piernatach. Złego, ona powiada!... Zdaje mi się, że aż nadto było tego złego!... Juści, że złego! — i karmił mnie dalej, mrucząc sobie coś pod nosem, jak gdyby z czegoś niezadowolony.