— Czyż on nie ma przyjaciół? — zapytała łzawym głosem.

— Pewnie, że ma! — zawołał Alan. — Żebyśmy tylko mogli do nich się dostać! Ma przyjaciół i to bogatych przyjaciół; miałby u nich gdzie się wyleżeć... oho, i to na wspaniałym łożu! Miałby co jeść, miałby zapewnioną opiekę lekarską... a tak musi brnąć po wertepach i sypiać we wrzosach jak nędzarz ostatni.

— A czemuż to tak? — zapytała dziewczyna.

— Moja droga — rzekł Alan — niezbyt bezpiecznie o tym mówić, ale powiem ci, co zrobię zamiast tego: oto zagwiżdżę ci krótką piosenkę.

To rzekłszy, pochylił się głęboko nad stołem i cichutko, ale z niezmiernie rzewnym uczuciem, zagwizdał parę taktów piosenki „Karolek, moje kochanie303”.

— Cyt! — szepnęła ona i obejrzała się poza siebie w stronę drzwi.

— Otóż to! — rzekł Alan.

— Ależ on tak młody! — zawołała dziewczyna.

— Aż nadto stary, by go... — to mówiąc, Alan uderzył się palcem wskazującym po karku, co miało oznaczać, iż wiek mój nie przeszkadza mi w tym, bym miał postradać głowę.

— Byłaby to wielka hańba! — krzyknęła, rumieniąc się.