— No, no, panie Ebenezerze — zagaił rozmowę pan Rankeillor — nie upadaj na duchu, gdyż obiecuję waszmości, że postawimy dogodne warunki. Tymczasem daj nam klucz od piwnicy, a Torrance przyniesie nam butelkę wina jeszcze z czasów pańskiego ojca, aby uczcić dzisiejsze wydarzenie.
Potem zwracając się do mnie i biorąc mnie za rękę, przemówił:
— Panie Dawidzie, życzę waćpanu wszelkiej pomyślności i szczęścia, na które sądzę, iż zasłużyłeś.
W końcu z niejaką przymieszką żartobliwości zagadnął Alana:
— Mości Thomson, winszuję waćpanu; zręcznie brałeś się do rzeczy... atoli jeden szczegół był dla mnie nieco niezrozumiały. Czy na imię jest ci Jakub? Czy Karol? Czy też Jerzy?
— A czemu właśnie jedno z tych trzech imion miałbym nosić, mości panie? — odrzekł Alan, prostując się, jakby węszył jakąś zniewagę.
— Dlatego, że waszmość wspomniałeś miano królewskie — odparł Rankeillor — ponieważ zaś nigdy nie było króla Thomsona, przynajmniej nigdy o takim wieść mnie nie doszła, przetom sądził, że na myśli masz imię, jakie nadano ci na chrzcie.
Było to właśnie ukłucie jak najdotkliwsze dla Alana, a wyznam, że zostało przez tegoż nader źle przyjęte. Nie odrzekł ani słowa, tylko odszedł w najdalszy kąt kuchni i usiadł tam nachmurzony. Dopiero gdym poszedł za nim i podawszy mu rękę, jąłem mu dziękować, jako głównemu sprawcy mego powodzenia, zaczął się z lekka uśmiechać, a na koniec dał się namówić i przyłączył się do naszej gromadki.
Tymczasem roznieciliśmy ognisko i odkorkowaliśmy butelkę wina; z koszyka wydobyto doskonalą kolację, do której przysiadłem się wespół z Alanem i Torrancem, natomiast rejent wraz ze stryjem udali się na naradę do najbliższego pokoju. Zabawili tam w zamknięciu prawie godzinę; po upływie tego czasu doszli do doskonałego porozumienia, po czym stryj i ja w sposób przepisowy złożyliśmy podpisy pod kontraktem. Na mocy warunków tegoż stryj zobowiązywał się uiścić Rankeillorowi wszystkie należytości rejentalne, mnie zaś płacić dwie trzecie czystego rocznego dochodu z majątku Shaws.
Tak więc żebrak z ballady powrócił w domowe pielesze, a gdyśmy w ową noc spoczywali na skrzyniach kuchennych, byłem już człowiekiem zamożnym i nosiłem miano znaczne na całą okolicę. Alan i Torrance chrapali snem twardym na swych twardych łożach, natomiast ja, który przez tyle dni i nocy spoczywałem był pod gołym niebem, na kamieniach i błocie, nierzadko z pustką w żołądku i z obawą o życie, czułem się bardziej onieśmielony tą pomyślną zmianą losu niż wszystkimi złymi przygodami czasów ubiegłych. Tak więc przeleżałem aż do świtu, spoglądając na ogień w kominku i snując plany na przyszłość.