— Patrzaj no — rzecze — a teraz wet za wet!

Odrzekłem, że jestem gotów dowieść mej wdzięczności we wszelkiej rozsądnej mierze, i stanąłem w pogotowiu, oczekując jakiegoś potwornego żądania. Tymczasem, gdy stryj na koniec nabrał śmiałości do rozmowy, jedyną rzeczą, jaką mi powiedział (i to bardzo do rzeczy, jak mi się zdawało), było to, że się starzeje i jest nieco ułomny, przeto chciałby mnie prosić, bym mu dopomagał w gospodarstwie domowym i w uprawie wielkiego ogródka.

Odpowiedziałem, iż z całą ochotą będę na jego usługi.

— Dobrze — rzekł stryj — a więc zaczynajmy! — i wydobył z kieszeni zardzewiały klucz. — Oto — powiada — oto jest klucz od wieży w najdalszym zakątku dworu. Możesz się aść35 dostać do niej tylko od zewnątrz, bo ta część dworu nie jest wykończoną. Gdy się dostaniesz do wnętrza, idź po schodach na górę i przynieś mi stamtąd skrzynkę, znajdującą się na strychu... Są w niej papiery — dorzucił.

— Czy mogę wziąć światło, łaskawco? — zapytałem.

— Nie — odparł ów, nader przebiegle. — Nie ścierpię świateł w swoim domu.

— Doskonale, mości panie — rzekę. — A czy schody są w dobrym stanie?

— Są przewyborne — odparł, a gdy już wychodziłem, dodał. — Trzymaj się ściany; tam nie ma balustrady. Ale schody są pod stopami zupełnie pewne.

Wyszedłem na dwór, w nocną pomrokę. Wicher jeszcze wciąż wył w oddali, choć ani jedno jego tchnienie nie dolatywało do dworu w Shaws. Ciemność była niezwykle gęsta i czarna jak smoła, więc z ochotą trzymałem się wciąż muru, postępując po omacku przed siebie, aż na koniec doszedłem do wrót narożnej wieży na samym końcu niedokończonego skrzydła. Włożyłem klucz w zamek i właśniem go przekręcił36, aż ci tu całkiem znienacka, choć nie słychać było ni wichru, ni grzmotu, całe niebo zabłysło przerażającym płomieniem — i znów zaległa je czarna pomroka. Musiałem zakryć sobie ręką oczy, by na nowo przywyknąć do ciemności, boć doprawdy byłem na poły oślepiony, gdym wkroczył do wieży.

Wewnątrz było tak ciemno, że wydawało się, jakoby trudno tu było nawet oddychać, jednakże posunąłem się, wyciągając jednocześnie rękę i nogę naprzód: pierwsza z nich uderzyła o ścianę, a druga o najniższy stopień schodów. Ściana, jak rozpoznałem po dotknięciu, była stawiana z pięknie ciosanego kamienia; również i schody, choć nieco strome i wąskie, były gładko wymurowane, szły równo i silnie trzymały się pod stopą. Mając w pamięci, co stryj mówił o balustradzie, szedłem tuż koło samego muru i z bijącym sercem wymacywałem drogę w czarnej ciemności.