— Jak się masz, brachu? — odezwał się rozbitym głosem.
Zapytałem go surowo, czego sobie życzy.
— O, czego sobie życzę! — podchwycił i wraz zaczął nucić:
„Toć moje marzenie, gdy nocka nie ciemna
O takiej porze roku...”
— Dobrze — powiadam — jeżeli w ogóle nic tu nie masz do roboty, okażę się tak dalece nieuprzejmy, że zamknę ci drzwi przed nosem.
— Zaczekaj no, braciszku! — wrzasnął przybysz. — Czy wcale się nie znasz na żartach? Czy może chcesz, by mnie obito? Przyniosłem list od starego Heasyoasy do pana Belflowera — mówiąc to, pokazał mi list. — I to ci jeszcze powiem, brachu, że głodny jestem piekielnie.
— Dobrze — odrzekłem — wnijdź do dworu, a dostaniesz kęs strawy, choćbym nawet miał z tego powodu pozostać na czczo.
To mówiąc, wprowadziłem go do wnętrza domu i posadziłem na własnym miejscu, gdzie on zabrał się z łapczywością do ostatków śniadania, kiwając na mnie od czasu do czasu i wyczyniając przeróżne grymasy, które, jak mi się zdaje, biedaczek uważał za godne człowieka. Tymczasem stryj przeczytał list i siedział w zamyśleniu; naraz, ni stąd ni zowąd, zerwał się w wielkim ożywieniu na równe nogi i odciągnął mnie na stronę w najdalszy kąt pokoju.
— Przeczytaj to — rzekł, wręczając mi list.