Wypytywałem go o bryg (był to, według jego oświadczenia, najpiękniejszy statek, jaki pływał kiedykolwiek po morzach) i o kapitana Hoseasona, na którego cześć równie głośne wypowiadał pochwały. Heasyoasy (tak bowiem chłopak wciąż nazywał szypra), był to, jak wnosić z tych opowieści, człowiek nieliczący się z niczym ani na niebie, ani na ziemi — jeden z tych co to, jak powiadają „walą pełnymi żaglami na sąd ostateczny” — gburowaty, okrutny, z sumienia wyzuty i popędliwy; a biedny mój chłopiec okrętowy nauczył się podziwiać te wszystkie jego przymioty jako rzecz godną żeglarza i dorosłego mężczyzny. Jedyną tylko skazę upatrywał w tym swoim bożyszczu.

— On to już w sobie nie ma nic a nic z marynarza! — nadmieniał. — Naprawdę, to brygiem kieruje pan Shuan; ten jest najlepszym marynarzem z zawodu, pomijając pijaństwo; powiadam ci, że w to wierzę! Ba, spojrzyj no tutaj! — i odwinąwszy pończochę, pokazał mi wielką szpetną i czerwoną bliznę, której widok ściął mi krew w żyłach. — On to zrobił... pan Shuan to zrobił... — dodał z przechwałką w głosie.

— Co! — wykrzyknąłem. — Więc ty spokojnie przyjmujesz z jego rąk takie okrucieństwo? Jak to! Przecież nie jesteś niewolnikiem, by się tak obchodzono z tobą!

— Nie! — ozwał się biedny niedojda, zmieniając nagle brzmienie głosu. — Będzie on też miał za swoje! Patrz no! — pokazał mi wielki nóż składany, który, jak mi wyznał, pochodził z kradzieży. — O, niech no tylko zobaczę, że ze mną zaczyna; nie ulęknę się go; już się z nim rozprawię! O, nie będzie on pierwszy! — i poparł swoje słowa nędznym, niedorzecznym, a plugawym przekleństwem.

Nigdy dla nikogo w tym świecie szerokim nie miałem tyle współczucia, co dla tego półgłówka. Zaczęło mi przychodzić na myśl, że ów bryg, zwany Zgodą, był — pomimo swego cnotliwego nazwania — istnym piekłem pływającym po morzach.

— Czy nie masz przyjaciół? — zapytałem.

Powiedział, że miał ojca w jednym z portów angielskich — zapomniałem już w którym.

— Był to też człek wyborny — dodał — ale już nie żyje.

— Na miłość Boską! — zawołałem. — Czy nie mogłeś wynaleźć sobie przyzwoitego zajęcia na lądzie?

— O nie! — odpowiedział, mrugając i spoglądając niezmiernie chytrze. — Zapędzono by mnie do rzemiosła; ja zaś znam się na sztuczkach, co w dwójnasób więcej warte... oho!