To rzekłszy, oddalił się, bo już mu do tego było pilno od samego początku.
Prawdę mówiąc, przeczuwałem był od dawna wspomniane przez niego okoliczności; atoli inna to zgoła rzecz domyślać się, a inna wiedzieć na pewno. Siedziałem przeto odurzony mym szczęściem i ledwo mi się chciało wierzyć, że ten sam biedny chłopczyna, który niespełna dwa dni temu, kurzem odziany, powlókł się tu z Lasu Ettrick, obecnie był jednym z możnych tego świata, posiadał dom i rozległe włości, a jutro mógł dosiąść własnego rumaka. Wszystkie te piękne rojenia, wraz z tysiącem innych, tłoczyły mi się w głowie, gdym siedział przy oknie karczmy, gapiąc się bezmyślnie przez szybę i nie zwracając uwagi na to, co widziałem; przypominam sobie tylko, że oko moje napotkało kapitana Hoseasona na grobli, pośród swoich okrętników, i przemawiającego do nich jakby rozkazująco. Naraz ujrzałem, jak krokiem równym wracał ku domowi, nie mając w sobie nic z żeglarskiej niezgrabności, owszem niosąc po męsku okazałą i piękną swą postawę, a na twarzy widniał mu wciąż ten sam wyraz rozsądku i powagi. Pytałem sam siebie, zali podobna, by opowieści Ransoma mogły zawierać prawdę i zacząłem po trochu im niedowierzać: tak nie zgadzały się z powierzchownością tego człowieka. Naprawdę jednak nie był on tak dobry, jak przypuszczałem, ani tak zły, za jakiego go podawał Ransome; bo w rzeczywistości było w nim dwóch ludzi, a ten, co z nich był lepszy, porzucał go, ledwo kapitan stąpił nogą na pokład swego statku.
Za chwilę posłyszałem głos stryja, który mnie przyzywał; wyszedłszy, zastałem ich obu na gościńcu. Pierwszy zagadnął mnie kapitan, a to w takim sposobie (co bardzo schlebiało młodemu chłopczynie), jakby mówił równy z równym.
— Mości panie — rzekł — imć pan Balfour cuda mi opowiada o tobie, a ja ze swej strony też rad cię widzę. Pragnąłbym dłużej tu pobyć, żebyśmy mogli lepiej zaprzyjaźnić się z sobą; wszakoż i tak uczynimy, na co nas stać w tej chwili. Racz waszmość spędzić pół godziny na pokładzie mego brygu, nim ustanie przypływ, i trącić się ze mną kielichem.
Owoż tedy niepodobna wypowiedzieć, jaką miałem chętkę, by zwiedzić wnętrze okrętu; atoli nie zamierzałem bynajmniej wystawiać się na azard62, przetom63 mu odpowiedział, że stryj i ja mamy się udać w pewnej sprawie do rejenta.
— Tak, tak — rzekł kapitan — napomknął ci mi on o tym. Alić64, wiedz asindziej65, że łódź wysadzi cię na ląd koło grobli miejskiej, a stamtąd to dość rzucić kamiuszczkiem, by się trafiło w dom Rankeillora.
W tym miejscu nagle nachylił się i szepnął mi w ucho.
— Dawaj baczenie na starego krętacza; on tu coś knuje niedobrego. Chodź asan na pokład, to ci coś powiem.
Po czym, biorąc mnie pod ramię, mówił dalej głośno, postępując w stronę łodzi.
— Ale gadajże waćpan, co mam ci przywieść z Karolińskich ostrowów? Kto jest przyjacielem pana Balfoura, tego jestem powolnym sługą. Czy zwitek tytoniu? Czy indiańskie pióropusze? Czy skórę dzikiego zwierza? A może fajkę kamienną? Czy ptaka przedrzeźniacza, co miauczy na każdego jak kocur? Alboli66 ptaszę, kardynałem przezwane, że czerwone jest jako krew?... Wybierz z tych jedno i powiedz, coć67 się podoba.