Nie zauważył mojego wnijścia, ani też nie drgnął, gdy w ślad za mną nadszedł kapitan i, wparłszy się na tapczanie, spoglądał ponuro na sztormana. Osoba Hoseasona przejmowała mnie zawżdy wielką trwogą, boć miałem po temu powody, ale jakiś głos mi mówił, że w tej chwili nie mam się czego obawiać, toteż szepnąłem mu w ucho.

— Jak on się miewa?

Kapitan potrząsnął głową, jak ktoś, co nic nie wie i nie chce o niczym myśleć, a twarz miał bardzo poważną.

Niebawem nadszedł pan Riach; rzucił kapitanowi spojrzenie, które tak wyraźnie, jak słowa, mówiło, że chłopak nie żyje, po czym za naszym przykładem zatrzymał się w miejscu, tak iż staliśmy we trzech, nie odzywając się ani słowem i wpatrując się w pana Shuana, a pan Shuan (ze swej strony) siedział w milczeniu, patrząc uporczywie w stół. Nagle wyciągnął dłoń, by uchwycić butelkę; wówczas pan Riach wystąpił naprzód i wyrwał mu ją, raczej przez niespodziane zaskoczenie niż przemocą, krzycząc jednocześnie i pomstując, że już za wiele było tych brewerii i że na okręt spadnie kara. Mówiąc to (a drzwi dla przewiewu stały właśnie otworem), cisnął butelkę w morze.

Pan Shuan w mgnieniu oka był już na nogach; wyglądał jeszcze nieprzytomnie, ale już gotował się do zabójstwa — no i byłby je popełnił po raz wtóry w ową noc, gdyby kapitan nie stanął pomiędzy nim a jego ofiarą.

— Siadaj! — huknął kapitan. — Wiesz li, coś uczynił? Ty opoju i bydlaku, zamordowałeś chłopca!

Pan Shuan, zdaje się, zrozumiał, bo siadł i ręką zakrył czoło.

— No tak — ozwał się — on mi przyniósł brudną czarkę...

Na te słowa kapitan, ja i pan Riach patrzyliśmy po sobie chwilę jakimś trwożliwym wzrokiem, po czym Hoseason podszedł do starszego sztormana, wziął go za ramię, poprowadził do tapczanu, kazał mu się na nim położyć i spać — zupełnie jak gdyby ktoś przemawiał do niegrzecznego dziecka. Morderca krzyczał przez chwilę, ale ściągnął z nóg marynarskie buty i usłuchał rozkazu.

— Ach! — krzyknął pan Riach strasznym głosem. — Waszmość powinieneś był wdać się w to już od dawna. Teraz już za późno.