— A teraz — rzekł Alan — niech ręka przychodzi w pomoc twej głowie, bo już trzeba jąć się dzieła.

To rzekłszy, wyciągnął sztylet, który trzymał w lewej ręce na wypadek, gdyby mu wytrącono pałasz. Ja ze swej strony wydrapałem się na tapczan, mając garść pełną pistoletów, a głowę nieco ociężałą, i otwarłem okno, przy którym miałem czatować. Mogłem stąd objąć wzrokiem tylko niewielką część pokładu, co dla naszych celów było jednak zupełnie dostateczne. Morze już się wygładziło, a wiatr był równomierny i nie szamotał żaglami, tak iż na okręcie panowała wielka cisza, w której miałem tę pewność, iż słyszę pomruk jakichś głosów. W jakiś czas później na pokładzie rozległ się brzęk stali, z którego wymiarkowałem, że wydobywano tam kordelasy, a jeden z nich upadł; po czym znów nastało milczenie.

Nie wiem, czy to, co przeżywałem, należy nazwać bojaźnią; ale serce mi biło jak u ptaszęcia, prędko a jednocześnie cichuśko, a na oczach miałem jakowąś mgłę, która powracała ustawicznie, mimo że ścierałem ją wciąż z powiek. Co się tyczy nadziei, tom nie posiadał jej zgoła, a jeno władła110 mną czarna rozpacz i coś jakby gniew przeciwko całemu światu, wzniecając we mnie pragnienie, by sprzedać życie tak drogo, na ile mię tylko stać było. Pamiętam, że próbowałem się modlić, ale sam ów tętent w mej głowie, podobien111 biegnącemu człowiekowi, nie pozwalał mi myśleć o słowach; najgorętszym mym pragnieniem było, żeby rozpocząć tę bitwę i raz już z nią skończyć.

Rozpoczęła się całkiem znienacka: najpierw rozległ się tętent stóp i wrzawa, a zaraz potem zabrzmiał okrzyk Alana i szczęk razów pałasza, niebawem zaś ktoś zawrzasnął, jak gdyby był raniony. Obejrzawszy się przez ramię poza siebie, ujrzałem pana Shuana, stojącego w drzwiach i rąbiącego się z Alanem na pałasze.

— To ten, który zabił chłopaka! — zawołałem.

— Pilnuj swego okna! — rzekł Alan, a gdym wracał na własne stanowisko, dostrzegłem, że jego pałasz przeszył właśnie na wskroś ciało sztormana.

Nakaz, bym pilnował własnego zadania, nie był bynajmniej za wczesny, bo ledwo przytknąłem znów głowę do okna, już pięciu ludzi, dźwigając jedną z zapasowych rej112, którą mieli walić jak taranem, przebiegło przede mną i zabrali się do rozbijania drzwi. Jeszcze nigdy przedtem nie strzelałem z pistoletu, nawet nie często i z rusznicy, a już nigdy do bliźniego. Ale trzeba było to uczynić — teraz lub nigdy... Toteż właśnie, gdy owi podnosili reję, krzyknąłem:

— Naści wam! — i strzeliłem w ich środek.

Widocznie trafiłem jednego z nich, bo wrzasnął i cofnął się o krok, a reszta zatrzymała się, jak gdyby nieco stropiona. Zanim mieli czas ochłonąć, posłałem im drugą kulkę nad głowami, a za trzecim strzałem cała gromadka porzuciła reję i rozbiegła się na wszystkie strony.

Wówczas obejrzałem się znów na izbę. Całe jej wnętrze było pełne dymu od mych strzałów, tak jak uszy miałem pełne ich wstrząsającego huku. Alan wszakże stał jak przedtem, tylko pałasz ociekał mu krwią aż do rękojeści, a on sam tak był nadęty triumfem i przybrał tak wyniosłą postawę, iż wydawał się niezwyciężony. Tuż przed nim na ziemi, na dłoniach i kolanach wsparty, spoczywał pan Shuan; krew buchała mu z ust i osuwał się z wolna coraz niżej, a twarz miał straszną i pobladłą. W sam raz, gdym spoglądał, jeden z tych, co byli poza nim, pochwycił go za pięty i wyciągnął jego cielsko poza czatownię. Przypuszczam, że w czasie tego musiał zemrzeć.