To rzekłszy, zwrócił się ku czterem wrogom, przebijał każdego z nich na wylot pałaszem i wywlekał za drzwi jednego po drugim. Wśród tego zajęcia, mruczał sobie, nucił i gwizdał coś pod nosem, jak gdyby chciał sobie przypomnieć jakąś śpiewkę... jednakowoż on tylko próbował ułożyć śpiewkę. Przez cały ten czas na jego obliczu pałał rumieniec, a oczy tak mu się świeciły jak pięcioletniemu chłopięciu do nowej zabawki. Naraz usiadł za stołem, dzierżąc w ręku pałasz, nuta, którą składał, stała się nieco wyraźniejsza, a potem jeszcze wyraźniejsza, aż na koniec donośnym głosem huknął jakowąś pieśń gallicką117.

Przetłumaczyłem tutaj pieśń ową, nie wierszami (do których nie mam wcale zdolności), ale przynajmniej poprawnie, królewską angielszczyzną. Śpiewał on ją później często, a słowa jej przeszły do gminu, więc też słyszałem ją nieraz i niejednokrotnie mi ją objaśniano:

Oto jest śpiew o szabli Alana:

Kowal ją wykował,

Ogień zahartował;

Teraz ona połyska w rękach Alana Brecka.

Tamci mieli wiele bystrych oczu:

Łatwo im było wszystko dostrzec,

Rąk wiele z sobą przywiedli —

Pałasz był sam jeden.