Alan poklepał mnie po ramieniu, powiedział, że jestem dzielnym chłopcem i że nic mi nie potrzeba, jak tylko snu.
— Ja obejmę pierwszą straż — dodał. — Wyświadczyłeś mi przysługę, Dawidzie, na samym początku i ostatnio; nie chciałbym cię utracić za cały Appin... nie, nawet za Breadelbane.
Przeto usłałem sobie legowisko na podłodze, on zaś, trzymając pistolet w ręce i szablę na kolanach, odprawiał pierwszą straż przez trzy godziny według zegarka kapitana, wiszącego na ścianie. Potem mnie zbudził i ja z kolei objąłem trzygodzinną wartę; przed jej upływem był już biały dzień na niebie. Nastał bardzo cichy poranek; morze, kołysząc się łagodnie, bujało okrętem, tak iż krew rozpływała się tu to tam po podłodze czatowni; po dachu dudniły ciężkie krople deszczu. Przez całą wachtę nie słyszałem najmniejszego hałasu ni gwaru ludzkiego, a z chybotania się rudla wymiarkowałem, że nawet u steru nie było nikogo. Istotnie (jak się później dowiedziałem) tak wielu było pomiędzy nimi rannych i zabitych, a reszta tak rozjątrzona, że pan Riach i kapitan musieli się wciąż z sobą zmieniać, podobnie jak ja z Alanem, gdyż w razie przeciwnym bryg mógłby uderzyć o wybrzeże, a nikt nie umiałby temu zapobiec. Całe szczęście, że noc przeszła tak spokojnie, bo wiatr ustał natychmiast, gdy deszcz zaczął padać. Ale i tak z kwilenia całej chmary mew, które latały dokoła statku, czyniąc zgiełk i poławiając ryby, wywnioskowałem, że okręt musiał płynąć tuż koło wybrzeża lub koło jednej z wysepek Hebrydzkich; na koniec zaś, wyjrzawszy poza drzwi czatowni, obaczyłem po prawicy wielkie głaźne118 turnie Skye, a nieco dalej w stronę rufy dziwaczną wysepkę Rum.
Rozdział XI. Kapitan daje za wygraną
O godzinie szóstej usiedliśmy obaj — Alan i ja — do śniadania. Podłoga była zasuta119 potłuczonym szkłem i zbryzgana okropnie krwawą juchą, która odbierała mi chęć do jadła. Pod innymi względami byliśmy jednak w położeniu nie tylko znośnym, ale i wesołym, jako że wydziedziczyliśmy oficerów z ich własnej kabiny i mieliśmy do rozporządzenia wszystkie napitki znajdujące się na statku — zarówno wino, jak i gorzałkę — oraz co najwykwintniejsze frykasy, takie jak marynaty z owoców i chleb pytlowany. Samo to przez się już wystarczało, by wprawić nas w dobry humor, ale najparadniejszą okolicznością było to, że dwaj najwięksi pijanice, jakich po wsze czasy wydała ziemia szkocka (ile że pan Shuan już nie żył), byli teraz zamknięci na przodku120 okrętu i skazani na to, czym się najbardziej brzydzili — na zimną wodę.
— I zapamiętaj to sobie — mówił Alan — że za jakiś czas posłyszymy o nich znowu. Można kogoś odwieść od walki, ale nigdy od butelki, gdy do niej nawyknął.
Pokumaliśmy się doskonale z sobą. Alan miał naprawdę bardzo miły sposób prowadzenia rozmowy. Naraz wziąwszy nóż ze stołu, odciął jeden ze srebrnych guzików swego surduta i podał mi go.
— Mam je — powiedział — od ojca mego Duncana Stuarta, a teraz daję ci z nich jeden w upominku za pomoc okazaną mi nocy ubiegłej. A gdziekolwiek zajdziesz i pokażesz ten guzik, przyjaciele Alana Brecka staną w twej obronie.
Mówił to tak, jak gdyby był Karolem Wielkim i rozkazywał mnogim hufcom; istotnie też, jakkolwiek odwaga jego przejmowała mnie podziwem, zawsze groziło mi niebezpieczeństwo, że roześmieję się z jego chełpliwości — mówię: niebezpieczeństwo, ponieważ gdybym nie panował nad sobą, boję się myśleć, jaka mogłaby stąd wyniknąć zwada.
Skoro uporaliśmy się z jedzeniem, Alan jął myszkować w skrzyni kapitana, aż wynalazł szczotkę do ubrania, po czym zrzuciwszy z siebie surdut, rozpoczął oglądać swą odzież i czyścić plamy — a czynił to z taką starannością i pracowitością, jaka, wedle mego przekonania, mogła być właściwa tylko białogłowom. Prawdać i to, że nie miał drugiego ubrania, a ponadto (jak sam powiadał) odziewek ten należał do króla, więc przystało, by wyglądał po królewsku.