— Czemuż to tak? — zapytałem. — Jest to człowiek, któremu byś waszmość z dumą podał rękę.

— Nie umiem niczym przysłużyć się Campbellom – rzecze on na to — jak tylko kulką z ołowiu. Wszystkich noszących to miano, wystrzelam jak głuszce. Gdybym spoczywał na łożu śmierci, jeszcze bym dowlókł się na klęczkach do okna mego pokoju, by jednego z nich zastrzelić.

— Dlaczegóż, Alanie? — zawołałem. — Cóż ci zawinili Campbellowie?

— Przecież — rzecze on na to — wiesz doskonale, że jestem Stuart z Appinu, zasię Campbellowie przez długi czas grabili i rujnowali tych, którzy noszą moje nazwisko; ba, zdobyli na nas włości... zdradą, nie mieczem! — wrzasnął na cały głos i poparł swe słowa uderzeniem pięścią w stół; jednakowoż nie przywiązywałem wielkiej wagi do tych słów, gdyż wiedziałem, że tak zazwyczaj mawiają ci, którzy zostali pokonani.

— Nie dosyć na tym — ciągnął Alan — były tam i inne sprawki w tym sposobie: łgarstwo w słowach, łgarstwo w dokumentach, świstkach, szpargałach, które dobre byłyby dla wędrownego przekupnia! A nade wszystko pozory prawa i sprawiedliwości, co już chyba najwięcej może pobudzić do gniewu!

— Waćpan, który tak trwonisz swe guziki — odrzekłem — nie możesz, jak mi się zdaje, znać się tęgo na interesach.

— Ach! — rzekł Alan, uśmiechając się znowu. — Rozrzutność swą odziedziczyłem po tym, od którego otrzymałem te guziki, a mianowicie, po moim nieboszczyku ojcu, Dunkanie Stuarcie, świeć Panie nad jego duszą! Był to najprzystojniejszy mężczyzna spośród całego swego krewieństwa i najlepszy rębacz na całym Pogórzu, mój Dawidzie, a tym samym, rzec mogę, i w całym świecie, gdyż on to, winienem wyznać, układał mą rękę. Był on w Białej Gwardii, gdy ją zaczęto tworzyć, i jak inni szlachta, miał giermka, który nosił za nim muszkiet w czasie pochodu. Otóż król miał snadź ochotę zobaczyć rębaczy szkockich, więc wybrano mego ojca i jeszcze trzech innych i posłano ich do miasta Londynu. Tak więc dostali się na dwór królewski i przez dwie godziny pokazywali cały kunszt władania szablą, a było to w obecności króla Jerzego, królowej Karoliny, rzeźnika Cumberlanda oraz wielu innych, których już nie baczę. Kiedy zaś skończyli, król (mimo że był to bezecny przywłaszczyciel) przemówił do nich łaskawie i każdemu z nich dał po trzy gwinee. Otóż, gdy wychodzili z pałacu, wypadło im mijać kwaterę odźwiernego; mojemu ojcu, jako że był może pierwszym szlachcicem szkockim, który przechodził przez owe drzwi, przyszło na myśl, że słuszna byłoby dać do zrozumienia biednemu odźwiernemu, kto zacz są owi, którzy go mijają. Dał więc chłopu w łapę trzy gwinee otrzymane od króla, jak gdyby mu to było powszednim obyczajem; trzej następni, którzy szli za nim, uczynili to samo i wyszli na ulicę, nie mając w kieszeni ani grosza za swe trudy. Różnie podają nazwisko tego, który tak hojnie obdarzył odźwiernego królewskiego; atoli prawdą jest, że był to Dunkan Stuart, co gotów jestem stwierdzić szablą lub pistoletem. Takiego to miałem ojca, daj mu Boże wieczne spoczywanie!

— Zdaje mi się, że nie zostawił on waćpanu wielkich dostatków — napomknąłem.

— I to prawda — rzekł Alan. — Mało ci136 mi on zostawił oprócz pluderków137 do okrycia cielesnej powłoki. To też było powodem, że zaciągnąłem się do wojska, co było czarną plamą na mym charakterze w kwiecie mego wieku, a co ściągnęłoby na mnie ciężkie utrapienia, gdybym wpadł w ręce czerwonych kaftanów.

— Co? — zawołałem. — Waćpan służyłeś w wojsku angielskim?